28 gru 2010

Łowca Androidów

Parę dni temu gadałem sobie na fejsie ze Skomo, znacie Skomo nie? No. I tak przerzucaliśmy się tytułami co by tu sobie obejrzeć. Zapytałem, czy widziała Blade Runnera? No to jak nie, to niech sobie obejrzy - bo dobry - i jakoś tak odruchowo wrzuciłem go do ściągarki. Łącze mam typu "wiejska radiówka", więc i siorbało się niemiłosiernie długo. Ale w końcu...



Wiecie, Łowca Androidów to nie jest film na posiadówę z kumplami przy browarze, przynajmniej według mnie. Moim marzeniem jest zobaczyć go na dużym ekranie, w pustej sali kinowej ze skrzypiącymi fotelami; na oparciu położyłbym spodeczek zamiast popielniczki i ewentualnie szklaneczkę czegoś mocniejszego(kiedyś jeszcze za życia pana Romka, głównego operatora grybowskiego kina, takie rzeczy były możliwe).

Nie bedę Wam tu się rozpisywał na temat fabuły, ani elaborował eseju na temat wymowy dzieła i co tam reżyser chciał powiedzieć, ani co też autor przekazać(Łowca... to ekranizacja książki "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?" - naszego ulubionego paranoika - Philipa Dicka).

Po prostu, jeżeli lubicie niebanalne filmy, w dobrej obsadzie(Ford, Hauer) i mistrzowskiej reżyserii(Scott). Takie które, zadają też dosyć ciekawe pytania(a nawet może ważne, patrząc na technologie które zdobywają dzisiaj uwagę mediów i świata). Jeżeli kręci Was fantastyka, albo tak jak ja uwielbiacie klimat filmu noir, i lubicie twardych bohaterów, piękne fammes fatalle i trudne zadania przed nimi - to usiądźcie sobie w ciemności, kiedy wasi najbliżsi już śpią i poświęćcie staremu Łowcy trochę czasu, sącząc atmosferę filmu jak whisky z wygrzanej w dłoniach szklanki...
Polecam.

PS. No i muza Vangelisa, tutaj jest link do fragmentu!

25 gru 2010

Czkawka inspiracji!

W ogóle to niezła akcja...

Siedzę w domu, uprawiam aktywny fejsing, w koło święta...

Gadam sobie z Kuleczką z Mrągowa - Kuleczka to długa historia, kiedyś Wam opowiem, na razie tyle, że kiedyś przez nią musiałem użyć toalety z napisem "biseksualiści" bo "hetero" była zajęta - gadam sobie z Kulką i nagle jak mi coś nie zapierdoli w synapsy. Czasem tak mam, nie wiem czy wy też? Odwalę coś a potem przez parę dni w ogóle o tym nie pamiętam i dopiero po jakimś czasie wspomnienie takiej akcji wraca z siła wodospadu. Tak, siedzisz sobie normalnie przy śniadaniu a tu jebs, flashback! I już sweterek spluty owsianką... I nijak sobie z tym poradzić panie...

Fleszbak idzie mniej więcej tak:

Siedzę sobie w Igreku(no a jakże, tu zacytuję Baleta, który powoli staje się moim guru szydery - "Naprawdę? Ernest, ale naprawdę?"), światła przyciemnione, smog jak w Londynie, ktoś w tle wyje Niemena. Musi Karaoke i palarnia(czyli wychodzi na to że był to wtorek). Palę szluga, wkoło mnie moi koledzy, Seba i Tomasz, a na siedzeniu obok dwie dziewoje. I tak sobie pomyślałem - A jakby tu znaleźć chłopakom laski? - byłoby nieźle, nie? Akurat te dwie z boku wyglądały na wolne...

Ale, hola hola! Łatwo pomyśleć, trudniej zrealizować. Potrzebny był mi jakiś trick, no to pojechałem hardziorem: "Cześć, jestem Ernest, z drugiego roku amerykanistyki!". Laski speszyły się lekko(swoją drogą źle się dzieje skoro taka prosta zaczepka powoduje zapeszenie u panien; Panowie, kurwa atakujcie!), i coś tam wymamrotały. Chociaż nie, może i elokwentnie gadały, ale byłem taki załatwiony, że mogę nie pamiętać... Od słowa do słowa, turururu i tarara... "O, a to jest mój kolega, porządny Tomasz, i to jest Seba, dżentelmen pierwsza klasa..." i takie tam bajery. Fleszbek będzie trochę rwany bo sporo konsumowałem. Nagle przyglądam się jednej(bo druga gdzieś zniknęła, o tym zaraz), i jak mi się nie zaczęła podobać... Normalnie mówię Wam! Taką fajną kuleczkę na nosie miała, ech... Plan uległ modyfikacji: jebać chłopaków, ja sobie ją wyrwę! A ona mi tu opowiada, że związek był, że cierpi, że faceci to świnie, że laski jednak to też chuje, i takie tam mądrości. A ja przecież o tym wszystkim doskonale wiem. Tu rada do dziewcząt: generalnie my faceci wiemy że laski to chuje, wiemy bo od tego jesteśmy facetami, ale i tak nic wam to nie pomoże - będziecie rwane! I nagle wraca ta druga, i dalejże między sobą szuruburu, damskie tralala, nadstawiłem dyskretnie małżowinę i wychwytuję: że barman, że miły, że komplementy i ładne drinki... No, myślę sobie, ktoś mi tu jebie plan(to nic, że zmodyfikowany!), tak nie może być! I tu niestety muszę się lekko zarumienić, upojenie alkoholowe wzięło nade mną górę... Reszta w słowach Wajdy(albowiem to on był owym barmanem, że ładnym i że drinki...): "I kurwa nagle Ernest, przyprowadzasz tę jedną do baru, i drzesz ryja: A teraz powiedz Wajda! Powiedz tej ładnej pani, w jej śliczne oczka że masz dziewczynę!" - no, niepowodzenie.

No ale dobra - po co w ogóle jest ten post - można by zapytać? Generalnie po to żebyście mieli co czytać do odgrzewanego karpia. Ale także i po to, że jakby ktoś znał tę laskę, z kuleczką na nosie(i w miarę wysoką i o czarnych włosach - tyle pamiętam), to niech jej da mój numer albo coś. Poprosiłbym Wajdę ale pewnie się wkurwi...

24 gru 2010

Łyk inspiracji!

Jak co poniektórym wiadomo Wasz wujek Erni był niedawno w gdańsku...

Było wykurwiście!

Kiedy szedłem akademikowym korytarzem w samych li tylko bokserkach, kiedy drżącymi z przepicia rączkami próbowałem założyć koszulkę i okazywało się że trafiam głową w rękaw, kiedy jakaś dziewczyna narodowości cokolwiek chińskiej gapiła się jak w kuchni człapię mokrymi łapciami paląc papierosa i obserwując mewy...

Wtedy czułem że jestem w domu!
Nie wspominając o czterech dniach łojenia w moim ukochanym Iksie...(X not dead!)

I teraz polecą podziękowania, za wypasione atrakcje i towarzystwo, a lecą jakoś tak:

Żanecie(że aż powtórzę za Baletem: Żan... Słodka Żan...), za to że jest idealnym połączeniem pięknej kobiety i kumpla od kieliszka, i że nie płakała kiedy chrapałem!


Dalej dla Skomo, za to że wyjechała(wiem że dziwnie to brzmi ale przynajmniej kimałem na wyrze a nie na kredensie w kuchni), i za to że w ogóle jest taka fajna:


Kolejno dla Tolka, za to że pierwszy zaćwierkał słowiczym trelem: Ej,kurwa,pijemy!


Dalej dla Wajdy, za to że czasami miał mnie dosyć, ale jednak napirdalał świetne driny!


A to Młody, człowiek który walcząc z grypą nie dał mi zginąć z głodu:


Generalnie było tak:


Specjalne podziękowania dla Łaty i Baleta:


Oraz dla Spiryta:


No i nauralnie dla Bamburskiej, chociaż chwilowo nie pogra już w bilarda:


No i jeszcze naturalnie Weronika, fantastyczna dziewoja(następnym razem: czy w bankomacie czy w kiblu - korzystaj!):


A no to jeszcze na koniec: Łata - promocyjnie!


Dzięki Wam wszystkim i do przyszłego tygodnia!

8 gru 2010

Melanż Ostateczny! Część pierwsza.

Achtung!

Jak Wam wiadomo, moi nieliczni acz wierni czytelnicy(cały czas "wierzę wbrew nadziei", że jesteście cycatymi laskami), Wujek Ernest mieszka od dłuższego już czasu na prowincji... i uwierzcie mi, życie na prowincji nie jest łatwe. Generalnie - krótka piłka - dół jak chuj bracie!

Krowy, siano i zapach obornika...
Uwielbiam zapach obornika o poranku...
Nudą i nyndzą zaciąga, a tydzień wlecze się jak brony za koniem.
Te same domy, ci sami ludzie, tylko samochody co tydzień inne... Bo a to sąsiad spoiler wrzuci w swoim seicento, a to kuzyn szwagra w swoim starym golfie "dwójce" zawieszenie obniży i podwozie podświetli(hit z radia CB na trasie: Ej CHLYWEK DWÓJKA, zjedź wieśniaku na pobocze, miastowi jadą!), a jak Heniek co za brzeziną mieszka w studnie po pijaku wjedzie i potem maskę na szrocie wymieni na białą to już jest radocha na całe sioło!
Są też plusy, chleb z piekarni na zakwasie, jajka bez kodu kreskowego, świeże mleko w butlach po Pepsi i etc.
I jest też łikęd...

I melanż...

I melanż w łikęd...

Są różne opcje melanżu, jak w markowym biurze turystycznym:

A. Zestaw rozszerzony: bierzesz kolegów, dwie rasowane beemki(w gazie) i jedziecie do jakiegoś dużego klubu(minimum Relax pod Ciężkowicami). Techno-polo, niunie(zwane dalej Futrami), obligatoryjnie w kozaczkach, oraz drinki z redbullem - all inclusive.

B. Zestaw "Full Wypas": już od szesnastej, w sobotę łoicie wódę z kumplami(na litry!). Potem gdy o dwudziestej już, prowadzą cię, naprutego jak szpadel, i nieopatrznie wyśliźniesz się z rąk podobnie zrobionej "eskorty" to zawsze będzie w pobliżu jakieś dziecko(np prowadzone przez mamę do domu z wizyty u cioci i kuzynostwa), które szarpiąc matkę za rękę pokaże na ciebie palcem i krzyknie radośnie "Patrz mamo, ten pan się pasie!". Do tej opcji istnieje możliwość dokupienia dodatku typu Hardkor! Mianowicie: przez dodatkową ilość alkoholu doprowadzasz się do takiego stanu że zaczynają krążyć o tobie anegdoty w okolicy, np: "Ale się narąbał! W życiu nie słyszałem żeby ktoś tak się odgrażał, perswadował a potem spuścił wpierdol(z fachowym przyduszaniem)... drzewu przy drodze...".

C. C jak klabing:) i tę opcję opiszę szerzej(najczęściej z niej korzystam). W zasadzie jest to pewien wariant opcji C, Klabing w Stróżach(Wikipedia: Stróże - wieś położona w odległości 4 km na północ od Grybowa, liczy około 2500 mieszkańców)...

W ramach przerwy pomiędzy postami proponuję pocztówkę muzyczną(via Joanna Żona Kolegi):



CDN

5 gru 2010

Nadchodzi Zima!

Jeeeeest!

Kurwa, jest!

W końcu(o pardąsik! wybaczcie francuski!), ale jest...
Nareszcie ktoś kto ma jaja w HBO, wziął się i zrobił! Nakręcił i sfilmował!
Ekranizacja "Gry o Tron" G. Martina, mega-kurwa-sagi wszech czasów(a co mi tam, jebnę wam linka do wiki), w końcu zawita na ekrany waszych i naszych Rubinów, czy co tam w domach macie.

Nie wiecie co to? No tak kurwa, przebicie się przez steki stron(i to kurna w pojedynczym tomie) to nie lada sztuka. Każdy narzeka na blogu to i ja mogę, temacik: totalny, kurewski zanik czytelnictwa. Normalnie, czytanie to umiejętność dzisiaj rzadsza niż programowanie komputerów za pomocą kart perforowanych... I "Gra o Tron" wymaga poświęcenia, kumacji, wytrwałości i oddania wielu dni lekturze(ile kurwa można by w tym czasie polubić demotów i filmików na fejsie! w pizdu!). Ale jest tego warta. Każdy chyba kto czytał, marzył o ekranizacji, i o takiej obsadzie... Ech...

Dosyć kurwa, Ernesto!

Macie tu trailer:



I jeszcze peesik! Gdyby na przykład koniec świata, czy tez kurwa coś w tym guście, nieważnego... Nadszedł zanim sobie to ściągnę z sieci, to... Ale poważnie... Cthulhu, kurwa! No!

4 gru 2010

Co tam...?

Najpierw laurka dla drogowców(a la wczesny Frank Miller, sam rysowałem - mam nadzieję, że to docenią)! Proszę:


Poza tym:

Wujek ernest kupił sobie Kindle(taki czytnik ebooków) i korzysta z dobrodziejstw warezowni książkowych w sieci.

Planuję też wybrać się do Trójmiasta jakoś już niedługo, więc można już chłodzić wódę i kisić ogóry!

Cały czas walczę też z lenistwem(mam już 18-ty poziom) i szukam dobrego tematu na nowy wpis, może wystukam coś o fotografii(aktualnie jestem zafascynowany dwoma odkryciami z dwudziestolecia między wojennego: zdjęciami Augustisa z Białegostoku i portretami Stefanii Gurdowej, odnalezionymi już jakiś czas temu w Dębicy).

Może też wyrzucę z siebie dalszy ciąg Mojego Życia z IKSem, zostało jeszcze kilka dobrych akcji do opisania...

Z reszta, sami napiszcie o czym chcecie poczytać!

Na koniec mała atrakcja z Piotrkowa Trybunalskiego:

12 lis 2010

Najpiękniejsze samobójstwo.


Ostatnio, szamając obiad w jakimś marketowym bistro(polecam Carefour pod Mińskiem Mazowieckim - wyśmienita pizza) czytałem sobie Przekrój, i choć uważam że to pismo nie odzyska już swojej dawnej świetności, jednak zawsze jest tam na co rzucić okiem. Od jakiegoś czasu na przedostatniej stronie zamieszczają dwukolumnowe, krótkie artykuły o fotografach i fotografii.

Nie uważam się za artystę fotografika, chętnie zaglądam jednak do wspomnianego działu, chociażby po to aby poczytać o historii przedstawionych zdjęć. Jak mawiał mój znajomy, zdjęcie da się zrobić pudełkiem od zapałek, ważne jest to co pokażesz i jak chcesz to opowiedzieć, historia jest najważniejsza...

Pierwszego maja 1947, Evelyn McHall, dwudziestotrzyletnia dziewczyna pracująca jako księgowa dla zakładu grawerskiego wyjechała na 86 piętro nowojorskiego Empire State Building, weszła na platformę obserwacyjną, powiesiła swój szary płaszczyk na barierce, obok położyła portfelik i kosmetyczkę pełną rodzinnych fotografii i korzystając z nieuwagi stojącego kilkanaście metrów dalej strażnika rzuciła w powietrze biały szalik. Potem zgrabnie przeskoczyła barierkę ochronną i spadła tysiąc stóp w dół, na nowojorskie ulice.


Kilkaset metrów dalej, student fotografii Robert Wiles, usłyszał huk i krzyki, w cztery minuty dotarł na chodnik pod ESB, przepchnął się przez gapiów i sięgnął po aparat. Zdjęcie które wtedy wykonał zapisało się na zawsze w annałach fotografii.


Na poskręcanym dachu limuzyny ONZ-tu, wśród rozpryśniętego szkła leżała młoda dziewczyna, bez wątpienia martwa, lewą dłonią odzianą w rękawiczkę ściskała zawieszony sznur pereł. Nie wiem co Wiles czuł kiedy naciskał spust migawki, jednak jego zdjęcie jest arcydziełem. Oczywiście jest zasługą losu nie jego, że zamiast rozdartych kawałków ciała i rozbryzgów krwi sfotografował "śpiącą" Evelyn.

Fotografia jest niesamowita, nie można przejść nad nią obojętnie. Nie wiem czy to magia śmierci czy uroda dziewczyny czy coś zupełnie innego sprawia że zamykając oczy widzi się dalej to samo ujęcie... Młoda, elegancko ubrana dziewczyna, karminowa szminka na ustach, białe rękawiczki, sznur pereł... Leży otulona czarnym, pomiętym dachem samochodu i przypruszona drobinkami szkła... Elegancka kompozycja, pełna gracji, młodości i śmierci. Porażające. Mocne. Mroczne.

Research netu wyrzucił sporo artykułów o okolicznościach zdarzenia, treść listu samobójczego Evelyn gdzie w kilku przekreślonych zdaniach wyznaje że "nie byłaby dobrą żona dla nikogo", kilka esejów o naturze samobójstwa, opowiadanie i piosenkę. Z tych strzępków wyłania się historia dziewczyny. Zwykła opowieść o życiu jakich wiele, chłopak studiujący gdzieś tam, plany na przyszłość, może jakiś romans... nie dowiemy się już wszystkiego. Pozostaje tylko to świdrujące duszę zdjęcie. Ukazało się ono na 43 stronie magazynu Life, 12 maja 1947 roku.

10 paź 2010

Mojego życia z IKSem ciąg dalszy...

Ciężko idzie bo pamięć już nie ta. Ale idzie. Przed wami...

(part łan dostępna tutaj)

"Moje życie z IKSem" Part Tu

Ernest Probaton


Rok 2003, listopad, Gdańsk dom studencki nr3 na Polankach

Mój horyzont imprezowy się rozszerza, po licznych wódkach i piwach na czwartym piętrze zaczynam zwiedzać akademik. Poznaję Lamę i Andrzeja. Alkoholowe libacje wznoszą się na wyższy poziom, bimber z Chojnic i wino ryżowe na krechę od chłopaków z trzeciego pietra gwarantują odpowiedni poziom upojenia. W IKSie nowe twarze, poznaję DJ Trabanta, spoko koleżka puszcza miły dla ucha old-school. Lama i Andrzej to pierwsze szklanki Polanek, mają też miłe koleżanki. Ostre, wyluzowane i o bezwzględnych ciałach. Jedna z nich szepcze mi do ucha że masaż karku działa na nią jak afrodyzjak. Do słownika mojego i Sebastiana wchodzi hasło: Zruchałeś ją? Nie, ale moje ręce były wszędzie!


Rok 2003, grudzień, Gdańsk dom studencki nr3 na Polankach

Z dziewczętami z psychologii oglądam dużo filmów. Nie płaczę na "Pasji". Sebastian decyduje zakochać się w jednej z psycholożek. Jak kochać to tylko we dwóch, po paru głębszych zgadzam się towarzyszyć mu na tej drodze. W IKSie, po północy puszczają naprawdę dobrą muzę, na zaciemnionym parkiecie można zawiesić się na dziewczynie przy DOORSach. Czy tego chce czy nie. Poznaję pewną blond-rudą pannę, szalejemy na parkiecie. Ziętek jak nigdy puszcza muzę z "Dirty Dancing", ona woła "Podrzuć mnie, podrzuć!"... Podrzucam, sufit jest chyba na wysokości 2,10m. Dobrze rzucam. Dziewczyna wybiega z klubu z rozcietą skronią. Krzyczy "Mam muza gózgu, kurwa, mam muza gózgu!!!". Jestem pijanym mężczyzną, nie mogę dać się ponieść emocjom. Spokojnym, pewnym krokiem podchodzę do baru i wołam: Świnia, daj gazę i wodę utlenioną, bo mi się partnerka rozjebała! Przed klubem przystępuję do dezynfekcji. Pacjentka histeryzuje, próbuje uciekać. Na szczęście są chłopaki. Chłopaki przytrzymajcie ją! - mówię. Chłopaki ją przytrzymują. Ślady jej zębów noszę na dłoni do dziś.


Rok 2004, styczeń, Gdańsk dom studencki nr3 na Polankach

Dziewczyna którą kochamy z Sebastianem ma problemy z kolegami. Niektórzy ją odwiedzają. Ale jesteśmy zgranym zespołem adoratorów. Często wpadamy na herbatę. Przez następne pięć lat nie będzie mogła znaleźć sobie chłopaka. Po studiach wyjdzie za mąż za pierwszego który się nawinie. Chodzimy do IKSa w czwartki i soboty. W piątki puszczają czarną muzę której nie znoszę. Postanawiam jednak zerknąć jak tam jest. Gdyby nie muza byłoby spoko. Lubię rozmawiać z dziewczętami na schodach przed wejściem, jest chłodno i w miarę ciszej. Popijam browara i gadam z rudą panną o wiśniowych ustach, nagle ktoś wyprowadza nieprzytomnego Lamę. Pomagam go zanieść do akademika. Lama jest nieprzytomny, ma rozcięty podbródek, który obficie krwawi. Mam już wprawę w dezynfekcji, postanawiam że pomimo znacznego upojenia przeprowadzę zabieg. Oczyszczam zranioną brodę Lamy jego własnym bimbrem i papierem toaletowym. Pacjent odzyskuje na chwilę przytomność i puszcza czarnego pawia do czerwonego wiadra na śmieci. Znowu mdleje. Dzwonię po karetkę ale jest problem z komunikacją, pani twierdzi że jestem pijany i majaczę. W końcu jednak pogotowie przyjeżdża, Lama dalej jest nieprzytomny. Pani doktor to niezła sztuka, próbuję flirtu. Nie wychodzi. Lama otwiera jedno oko, zabierają go na obserwację. Wracam do IKSa, ruda już wyrwana. Rano dostaję zjeby od portiery że chodzę tak najebany że aż mnie koledzy muszą taszczyć do pokoju, pytam którzy koledzy? No pan Lama. W południe Lama w obawie przed opłatami podejmuje śmiałe próby ucieczki ze szpitala, przy pierwszej mdleje w tramwaju, dopiero druga udaje się w pełni. Zjawia się u mnie w szpitalnej pidżamie i pyta czy wieczorem idziemy do IKSa.


CDN

9 paź 2010

Do przyjaciół Gdańszczan!

Musiałem się odpiąć na chwilę od netu, bo nic bym nie napisał - Łata na fejsie chwali się właśnie szarmanckim komplementem usłyszanym od bóg wie kogo...

Jak wiecie dałem nogę z Trypolis i spędzam teraz weekendy w górach, a robocze tygodnie upływają mi na fotografowaniu małych dzieci(ale ubranych). Z oddali więc, obserwuję to wszystko co dzieje się wokół otwartego na nowo Mojego Najukochańszego Klubu i trochę mnie martwi fakt, że wygląda to wszystko dosyć słabo. wprawdzie najgorsze co mogło się stać już się dawno odstało, IKS wrócił w ręce dawnych(jak dla mnie prawowitych) właścicieli/prowadzących. I dobrze, jednakże dwa lata Wysepki odcisnęło swoje piętno na Polankach. Ponoć ludziska nie garną się za bardzo do tego Wyśmienitego Siedliska Zła i Rozpusty. No to słuchajcie misiaki, Wujek Ernest zamawia sobie drugą wódkę, zapala szluga i teraz rzuci tu Wam parę slajdów z nieodległej przeszłości...

"Moje życie z IKSem"

Ernest Probaton




Rok 2000, luty, Kraków gdzieś na Kazimierzu.

Leżę pod stołem, zawinięty w jakiś koc, w głowie helikoptery szturmują fort mojego błędnika(tanie wino, wymieszane z Żubrówką to jednak nie przelewki). Nagle przykuca przy mnie przy mnie drobna blondynka, świetny biust, niewiele jest kobiet na Krakowskim Konwencie Fantastyki. Cześć możemy się tu położyć? - pyta, jej koleżanka to kasztanowo-włosa piękność o lekko wystających siekaczach. Spoko - rzucam. W ciągu dwóch następnych godzin poznajemy się, są z Gdańska, wymieniamy się opowieściami o książkach, konwentach i imprezach. Padają magiczne nazwy: Kwadrat, Igrek, Iks... Obiecuję je odwiedzić w Trójmieście.

Rok 2001, październik, Gdańsk hotel dla studentów na Żabiance.

Kolejne wino pęka, rozbawione towarzystwo powoli zbiera się do wyjścia na imprezę, nastepuje tradycyjna chwila wahania: gdzie by tu uderzyć? Ręce szperają po kieszeniach. Sprawdzanie aktywów. Gumy, fajki, parę kapsli po piwie jasnym marki "Książ". Z kasą słabo. Kieszenie szeleszczą, bo to kieszenie od dresów, większość moich współmieszkańców to studenci AWFu. Mało kasy, mało czasu(już blisko północ), trudno, nie jedziemy do IKSa, ruszamy do Olimpu. Czuję się tu jak śliwka w beczce śledzi: klubowicze w błyszczących wdziankach z paskami po bokach, na parkiecie zgrillowane gimnastyczki w cekinowych sukienkach. Nie, to stanowczo nie mój styl! Tydzień później, kumpel z roku oferuje się zabrać mnie do IKSa, jestem wolnym, słuchaczem nie mam legitymacji, ale chyba mnie wpuszczą... Jakoś wpuścili, ale nic nie pamiętam bo po drodze i w akademcu u Wojtka G., który jest pastorem baptystów zrobiliśmy już trochę... W następnym tygodniu walimy do Kwadratu...

Rok 2003, październik, Gdańsk dom studencki nr3 na Polankach.

Mój pierwszy dzień w akademiku, stoję w pustym, białym pokoju i gapię się tępo na stół. Na odrapanym meblu leży magiczna kwota 20,84 PLN(słownie dwadzieścia jeden złotych i osiemdziesiąt cztery grosze), to wszystko co zostało mi z wrześniowego szaleństwa, przepiłem całe oszczędności. Do grudnia. Nic to! - jak mówi pierwsza zasada nictoizmu, może jakoś przeżyję. Wieczorem pierwsza zapoznawcza posiadówa na korytarzu, tylko ja i jakiś kolo w długich włosach mamy za sobą jakiś staż na studiach, reszta to pierwszy rok psychologii. Poważnie zastanawiamy się, czy UG nie kręci tu jakiegoś eksperymentu. Koleżka ma na imię Sebastian, zostaniemy kumplami. Po pierwszym tygodniu mamy już otagowane wszystkie laski z piętra: ta fajna, ta niezła dupa, ta ma zajebiste cycki, ta kujonka a ta brzydka... Uruchamiam akcję "Dożywiamy Ernesta", ludzie z którymi przepiłem dwa ostatnie tygodnie września znoszą mi żywność i fajki, niekiedy pokój wygląda jak kwatera główna pomocy dla powodzian. Jest problem z alkoholem, nikt za bardzo nie chce się dzielić, ale da się coś zrobić. W poniedziałki w Igreku są kalambury, we wtorki karaoke, za dobry performance można zgarnąć małego browca. Chodzę najebany początkiem tygodnia, a cała reszta w weekend. Zostaje mistrzem kalamburów. Portierki mnie nienawidzą. Zostanie im to na lata.

Sebastian pożycza mi jakąś kasę, transport browarów z Żyda przeszedł pomimo pewnych trudności na portierni. Nawalimy się i idziemy z laskami z psychologii do Iksa. Hasło "pij szybciej bo ci pizda zejdzie!" wchodzi do codziennego słownika.
W klubie szaleństwo, 1000 i jedna noc skondensowane w kilka godzin, nie obywa się oczywiście bez ekscesów. Najebany wtaczam się do didżejki, za konsoletą jakiś starszy koleżka z kieliszkiem wina w ręku, żądam rock'n'rolla, dziadek mówi że mogę sobie zamawiać a on i tak będzie puszczał co mu się spodoba. Mówię mu żeby się pierdolił. Tak oto poznaję Ziętka. Za parę lat sprzedam mu dziewczynę.

CDN

6 paź 2010

Sakramaszzss!

Ale się wstrętnie zapuściłem z tym blogiem. Tragedia!

Cóż... Bywa, ale co tam, sporo się działo w moim życiu i prywatnym, i zawodowym(o kurwa! mam życie zawodowe!). Dwa lata, prawie, pojawiałem się tutaj tylko po to żeby zmienić layout - ale dosyć już tego!

Ale nawaliłem wykrzykników w poprzednim akapicie, a pewnie mógłbym tak jeszcze i ze dwa... No to w skrócie!(kolejny):

- dalej pracuje jako objazdowy fotografina, i dobrze mi z tym.

- w dalszym ciągu nie dorobiłem się porządnego samochodu co z kolei nie upoważnia mnie do posiadania porządnej kobiety(nieporządnej też z reszta nie, mbwanakubwa!)

- nie przestałem lubić dobrych opowieści, one po prostu zmieniły swoje zabarwienie, tak jakbym patrzył na wypłowiałą etykietę od wina za 4,7 PLN, treść dalej poniewiera ale opakowanie już nie cieszy. Nic to! O tym też da się pisać, będzie tylko więcej czarnego humoru zamiast przaśnych, poalkoholowych historyjek.

W ogóle to szukałem inspiracji do pisania w internecie. Zaglądałem tu i tam, a nawet ówdzie, i co ? Ludzie, jaja! Sieć się rozrasta, nowe serwisy społecznościowe z wielkim niebieskim bratem na czele, wyrastają jak grzyby po deszczu i rozrastają się jak plama moczu na pierwszym śniegu... I kurwa nic! Wielkie, jebitne, wystukane w najpopularniejszych czcionkach, edytowane w html-u i css-ie, kurewskie nic! A może źle szukam, ale co blog to biznes, "kliknij tu!" i "polub to!". Odgrzewane kawałki o tym jak edytować posty i wymyślać zabójcze nagłówki, publikowane tylko po to żeby twoje wejście na stronkę dorzuciło kolejną setną centa do rachunku. Ech nawet nie chce mi się o tym rozpisywać. Nadzieje że sieć uwolni potencjał piszących do szuflady tekściarzy i eseistów, i kogo tam jeszcze, umarły wraz z nastaniem ery "pay per click" czy "pay per view"... Trudno, ja jeden nie zamierzam spuszczać gardy. Coś tam się tu i ówdzie pichci...