28 lis 2009

Kultura, panie tego tfu, obrazkowa... Part II

Jakoś strasznie długawy ten wpis się robi, i na dodatek część pierwsza wyszła mi dosyć pompatyczna. Szaleństwo. Na domiar dziwnego jeszcze KozioU ponoć coś nawet nabluzgał w komentarzach a później bluzgał mnie ze je skasowałem... Nescio. Gdyby ktoś widział komentarz KozioUa to niech da znać. Żeby było jeszcze dziwniej wspomniany wyżej osobnik podochocony poprzednim postem pisał do mnie na gadu, że ma jakieś wyjątkowe komiksy i chciałby się ze mną niemi podzielić. Drogi Waldku jeśli to dzielenie miałoby wyglądać, jak tuszę, tak: my dwaj wygodnie wyciągnięci na miękkim łóżku przykrytym różową narzutką, pochyleni nad komiksem, machający radośnie nóżkami i rzucający w siebie popcornem... To ja się, kurna, na to nie piszę... Rwij rudą!

Wracając do komiksów...

Może najpierw krótki rzut ogólny. Opowieści obrazkowe były, do niedawna, przez tzw. mainstreamowych czytelników literatury niskiej, wysokiej i gównianej traktowane, co najmniej, po macoszemu. Ot, rysowanki dla dzieciaków, zważając na oferte jaką do niedawna częstował nas rynek("Kajko i Kokosz", "Asterix" nieśmiertelny "Thorgal", komiksowe dodatki do "Fantastyki" - nie mówię, że były one kiepskie w formie czy treści, ale na pewno były przeznaczone dla małego czy też młodzieżowego czytelnika, sprawiało że z komiksu w pewnym wieku sie wyrastało i zapominało o nim) nie zachęcało to do powrotu do komiksowego medium już dorosłego i wyrobionego czytacza.

Dopiero kilka lat temu, w dużej części za sprawą fandomu fantastycznego, i z nieocenioną pomocą magazynu "Świat Komiksu" mogliśmy rzucić okiem na to co rozwinięte i dojrzałe uniwersum komiksu ma nam do zaoferowania. Trzeba tu tez wspomnieć o wydatnej pomocy ze strony wielkiego ekranu, którego przedstawiciele stosunkowo wcześniej wyczuli grunt. Doskonałe ekranizacje sztandarowych powieści graficznych, jak "V jak Vendetta", "Strażników", "Ligi Niezwykłych Dżentelmenów"(ta może mniej udana) jak i boom na celuloidowe wersje komiksowych blockbusterów(vide "Spider-Man", "Ironman", nie wspominając o kultowym "Batmanie") wzmogły zainteresowanie szerszej publiki "bajeczkami dla dzieciaków". Zapomniałem jeszcze o mistrzowskich ekranizacjach "Sin City" i "300" Franka Millera.

Wspomniany wyżej termin "powieść graficzna" w zasadzie wyjaśnia wszystko. O ile dobrze pamiętam pierwszą wydaną(w Polsce, i mogę się mylić) nowelą komiksową był "Maus", chyba Spiegla, poza kontrowersjami które wzbudził temat komiksu(no bo jak to, komiks o Holokauście, Żydzi jako myszy, Niemcy jako koty i Polacy jako świnie) ujawnił on ogółowi czytelników mroczną prawdę:) Okazuje się, że komiks może nosić w sobie ten sam ładunek emocjonalny i fabularny co klasyczna powieść. Może zadawać te same pytania i tak samo pobudzać czytelnika do szukania na nie odpowiedzi, które tak samo jak w dobrych powieściach wcale nie znajdują się na wyciągnięcie ręki. Scenarzyści nowel graficznych tak samo jak autorzy nie wahali się stawiać swoich bohaterów w dwuznacznych moralnie i etycznie sytuacjach, jak i rozmywać granice między dobrem a złem, importować wszystkie wady współczesnego świata z jego chciwością, pędem za pieniądzem i łatwą rozrywką, co często było pomijane czy naginane w początkach komiksu(który miał służyć rozrywce, ew edukacji obywatelskiej).

26 lis 2009

Kultura, panie tego, tfu, obrazkowa... Part I

Straszność, straszna zaprawdę straszność opadła mię tej wieczornej godziny... Niedawno, w rozmowie z Solenizantem doszliśmy do wniosku, że nic już nie czytamy, że w siną dal odeszły już dni pełne godzin lektury, pochmurne popołudnia spędzane w ciasnej katedralnej czytelni, na odgadywaniu co też ten starożytny uczony i prawy mąż miał na myśli, i dlaczego do kurwy nędzy nie dorzucił w tym zdaniu czasownika(no dobra, to już tylko Solenizant, mnie do tego nie mieszajcie)?

Od czasu tej naszej rozmowy zacząłem się zastanawiać, co się zmieniło że mogę już zasnąć bez książki w ręku? Kiedyś moje wizyty w antykwariatach wybrzeża i na południu budziły popłoch pośród antykwariuszy(miejsca w których polowałem na książki były żywcem wyjęte ze "Sklepów Cynamonowych" Shultza, małe obite boazeria w kolorze mahoniu i po sufit wypełnione wszelakiego autoramentu książkami), poruszałem się w ich składzikach niczym słoń w składzie porcelany, ale musiałem zajrzeć na najwyższą półkę, przekopać każdy stosik książek, nawet jeśli były to same Harlequiny, bo a nóż, a może, a jeśli... I uwierzcie mi drodzy przyjaciele, byłem jak Johnny Deep w "Dziewiątych Wrotach"(chociaż nie zruchałem żadnej czarownicy, to w Sanoku się nie liczy, byłem pijany...), z hałd taniej książki, w księgarence połączonej ze sklepem zabawkarskim gdzieś w Pcimiu Dolnym wyławiałem przedwojenny podręcznik do języka staro-greckiego Goliasa, albo pamiętniki Cezara z pieczątką carskiego towarzystwa gimnazjalnego... Nie wspominając nawet o setkach egzemplarzy wybitnych czytadeł, które tak ubarwiły moje życie, Niziurski, Wilbur Smith, Le Carre, to tylko kilka najważniejszych nazwisk(pierwszą książkę Le Carre'go - "Ze śmiertelnego zimna", nabyłem w nowosądeckim antykwariacie, będąc w czwartej klasie liceum, za słownie, złoty pięćdziesiąt, autobus z Sącza go Grybowa jedzie około 40 minut, po tym czasie już byłem wiernym fanem prozy Brytyjczyka, rano wróciłem i wykupiłem wszystko co mieli jego autorstwa).

Wszystkie te książkowe safari an koniec dawały regały i kartony pełne książek, które choć przeklinałem przy kolejnych przeprowadzkach, jednak dzielnie taszczyłem ze sobą na kolejne życiowe "gniazda"(chociaż niektóre pewnie spoczywają gdzieś u Was, zobaczcie, może za kotarą w małym pokoju stoi karton książek z zakurzonym "Tumitakiem z podziemnych korytarzy" na wierzchu... Czasem żądza dobrej lektury popychała mnie do czynów haniebnych, W kilku bibliotekach figuruję zapewne na liście długoterminowych czytelników. Razu jednego pojechałem aż do Kartuz żeby uzupełnić brakującą pozycję w dziełach Le Carre'go(była to "Mała Doboszka", jedna z najlepszych powieści mistrza, a której własny, kupiony na jarmarku egzemplarz nieopatrznie pożyczyłem bezdomnemu, koczującemu na plaży przy barze gdzie pracowałem, bezdomny miał ksywkę "jezus"), w bibliotece w Kartuzach pewnie za nią nie tęsknią, ale jednak...

A teraz co? Co się stało ze mną, z nami, że nie czytamy już tyle i w takim tempie? Nie wiem, naprawdę, czasem przeglądam blogi o literaturze(np. Poczytalnia albo Mól Książkowy) i czytam o wrażeniach z czytania, przy okazji podziwiając listy połkniętych przez bloggerów książek. A ja? "Czy ja już nic nie łykam?", pytam siebie w takich chwilach, ależ łykam łykam, może tylko chwilowo odstawiłem ciężki bimber powieści i postanowiłem dać szansę, lżejszej acz wytrawnej, wódce kultury obrazkowej. Otóż misiaki, wujek Ernest czyta sobie komiksy. I to kurwa jakie...

23 lis 2009

Nie lubię poniedziałków

Aloha moje wierne i cycate fanki!

Nigdy nie pisałem niczego w poniedziałek, zawsze byłem albo zbyt skacowany, albo jeszcze mnie w ogóle nie było. Dzisiaj, w ramach walki ze wszystkimi schematami, postanowiłem coś do Was naskrobać.

Primo, z wiadomości parafialnych. Naprawiłem mechanizm komentarzy(ha, kuźwa, "naprawiłem", jak to dumnie brzmi, gdzieś tam kliknięte było coś tam...), można już bluzgać otwarcie, bez potrzeby logowania się do jakichś dziwnych providerów ID(chociaż polecam przyjrzenie się OpenID, to ponoć przyszłość tożsamości w sieci).

Secundo, tak byliśmy w Krakowie... Tak Kraków jeszcze stoi, tak wiem że jesteście zawiedzeni ale no cóż, jak w starym dowcipie: myśmy byli kapkę pijani a on diablo szybki... Po czym poznać że ma się już dosyć w Krakowie? To bardzo proste, kiedy gdzieś w środku pijanej nocy, twój kompan od kieliszka zaczyna błąkać się po sali i wytężonym i skoncentrowanym spojrzeniem usiłuje zahaczać każda napotkana na linii wzroku osobę, to znak że już jest blisko. Zdanie "Właśnie nawiązałem mocny i namiętny kontakt wzrokowy z tą grubą murzynką z końca sali..." stanowi doskonały argument za pójściem do domu, albo chociażby w kierunku z którego się przyszło.

Tertio, wielkie Ajem Sory dla chłopaków(i dam, przede wszystkim) z Fencing Arts, chcieliśmy jakoś się zjawić w Suchej... No cóż, następnym razem.

C.d.n.

7 lis 2009

Co tu tak kurwa jebie!?

Marazm, lenistwo totalne a w szczególności niesamowita niechęć poruszania kończynami... Tak, moi drodzy, nieupersonifikowani czytelnicy(aczkolwiek, cały czas łudzę się, że jesteście naprawdę niezłymi laskami, albo chociaż macie duże cycki). W moim mieście chujem zaciąga!

Miałem zacząć zupełnie inaczej i bardziej odnośnie treści dzisiejszego wpisu, ale buszując po sieci natrafiłem na jakiś poradnik, co to ich teraz wiele, pt. "Jak to koleżko pisze się dobrego bloga", czy jakos tak, nieważne... Otóż radzą tam żeby kazdemu artykułowi dawać interesujący i przyciągający uwage tytuł, np. zawrzeć go w formie zdania pytającego, albo dorzucić jakieś mocniejsze slowo. Pomyślałem że to dobra rada.

Niedawno także, w rozmowie telefonicznej, Seba rzucił pomysł żebym napisał coś o mojej pracy(podczas tej pogaduchy padła także konkretna data jego najazdu na południe, 20-tego listopada uderzamy na Kraków, a podejmował nas będzie najprawdopodobniej sam Krzysztof "Na dwa baty" Samborski, nie zdziwcie sie więc że historyczny i tak już urywany sygnał z Wieży Mariackiej może się trochę skrócić, ponoć kiepsko biegam ale za to świetnie rzucam, szczególnie jak mi coś nad uchem wyje). Pomyślałem że opisanie na czym tak naprawdę polega moja praca to też niezły pomysł, a jak mawiam czasem: dodaj dwa dobre pomysły, trochę cycków(góra cztery) i będziesz miał coś zajebistego z dużym biustem. Przed wami tajniki pracy Ernesta...

Poniedziałek, 8:45am, Polska, jeszcze nie B, ale już nie A.

Zza zakurzonych, uchylonych okien dużego czerwonego kombiaka, zaparkowanego przed bramą Samorządowego Przedszkola Nr. 6 w N. unosiła się gęsta chmura niebieskawego dymu, wiła się wokól anteny CB-radia i niknęła w połowie drogi do ołowianego, jesiennego nieboskłonu. W środku gruby Brodacz gasił kciukiem końcówkę papierosa w przepełnionej popielniczce, zaś Ogolony, zasiadający za kierownicą osobnik męczył się nad zagadką: jak wytrząsnąć z pudełeczka nie więcej niż dwa tik-taki.
- Gotowy? - rzucił w jego stronę Brodacz.
- Mhm - odburknął Ogolony i wysiadł, lekko trzasnąwszy drzwiami.
Podeszli do tylniej klapy wozu, Ogolony zanurzony do pasa we wnętrzu bagażnika szamotał się z wystającymi ze zwykłej sportowej torby kablami. Brodacz, stojąc obok rozglądał się na wszystkie strony.
- Chyba już wszystkie są w środku? Nie widzę żadnej matki ani babci. - przygryzał kciuk.
- Na pewno, może zaczynają już sniadanie, zaskoczymy ich. - Ogolony zarzucił na ramię czarny futerał na parcianym pasku. Sportową torbę trzymał pewnie w lewej rece.
- Tak, damy im popalić. - Brodacz pewnie chwycił uchwyty długiego czarnego pokrowca
,bardziej sarkofagu niz pokrowca. Zatrzasnął mocno klapę bagaznika.
Drzwi przedszkola ustąpiły lekko, po kilku krokach na szarym chodniku szatni pojawiły sie mokre odciski, kuchenna Krysia wbiła stalowe sztylety spojrzenia prosto w oczy Brodacza. Ten, całkowicie nieprzejęty, podniósł tylko lekko brew i rzucił hardo:
- Do Dyrekcji którędy?
Ogolony wygrzebał z kieszeni kurtki lekko pomiętą kartkę, spojrzał na nią i przeczytał:
- Pani dyrektor Anna W., przedszkole numer sześć w N.- lista zawierała jeszcze kilka pozycji, większość już oznaczonych czerwonymi stęplami.
- To ja może zaprowadzę - kuchenna Krysia wskazała mroczny korytarz, nad wejściem przybita czy też przyklejona była, wyblakła i nie na miejscu, niczym portret Stalina, podobizna Krasnala Hałabały.
Zatrzymali się pod uchylonymi drzwiami, obitymi brązowym skajem. Kuchenna wetknęła głowę do środka i połgłosem powiedziała:
- Pani dyrektor, panowie do Pani - po czym odwróciła się do brodacza i dodała - Juz, moment, pani dyrektor idzie.
- Świetnie - przecisnęło się pod wąsami grubego. Kuchenna ulotniła się. W tym samym momencie drzwi gabinetu otworzyły się na całą szerokość i stanęła w nich Dyrektorka, była nawet calkiem apetyczna, na oko pod czterdziestkę, spódniczka w panterkę i kozaki z frędzelkami, na głowie stylowa tleniona. Bluzka z czarnej żorżety opinała wydatny biust.
- Panowie do mnie? - zapytała taksując ich wzrokiem.
- Dzień dobry, firma Mag, byliśmy umówieni dzisiaj z teatrzykiem i ze zdjęciami...
- Może kawki?



Tak jest ludziska, Wujek ernest jest w tym roku gwiazdą, śmiało mogę wystepować w jednym programie z Dodą, Mandaryną i Braćmi Mroczkami, i to u Wojewódzkiego. Nasze przedstawienie bije rekordy oglądalności, co poranek pełny dywan. W pierwszym rzędzie maluchy i czterolatki, dalej starszaki i zuchy. Na krzeselkach personel przedszkolny, a zza drzwi ciekawie zerka kuchenna Krysia i przypadkowy rodzic. Rybak, rybka(pieszczotliwie zwana "Karpiu") i starucha, do tego awatary żony rybaka: królowa i szlachcianka. Narratorem jest Kapitan(trzeci od lewej, brodacz w bieli). A za kurtyną Masters of Puppets, moj kierowca i ja. Owacje na stojąco(niektóre maluchy jeszcze mają z tym problemy), łzy(z tym akurat nie mają) i salwy smiechu. Taki jest nasz teatr, takie jest zycie w przedszkolu...

Po przedstawieniu pora na zdjęcia. I tu już zaczyna się jazda bez trzymanki. Na początek zdjęcia grupowe, dwadzieściakilka czterolatków już zdążyło się rozpełznąc po sali w poszukiwaniu zabawek, których nie zdążyły jeszcze dzisiaj popsuć, ale jest na to rada... "Uwaga maluszki, a teraz wszyscy skaczemy jak piłeczki, patrzcie na pana, jak śmiesznie skacze, hop hop! A teraz wszyscy robimy słoneczka! Oj jak pięknie maluszki robią słoneczka, jeju, a teraz ptaszki, kto potrafi zrobic ptaszka? Pięęęknieeee..." Po takiej rozgrzewce wszystkie maluszki moje są. Rachu-ciachu ustawiamy trzy rzędy przedszkolaków do wspólnego zdjęcia. Trzeba się sprężać, Zuźka już płacze bo Krysztian ją ciągnie, a Jasio z pierwszego rzędu zapomniał jak to jest "usiąść po turecku", a zwrot "nóżki w kokardkę" po prostu do niego nie przemawia... A teraz uwaga... Patrzcie... Tona Herbaty leci!!!(Ptaszek już jest dawno passe jakby kto nie wiedział)

Teraz zdjęcia indywidualne, tło i lampy już rozstawione, czapka marynarska i koło sterowe czekają na pierwszego dzieciaka.Tytanic w tle, na tle. Jest ochotnik... "No koleżko, ustaw się ładnie, tak jest, głowka wyżej. Kolanko w strone okna... A teraz się uśmiechnij. Nie, no dobra nie uśmiechaj sie... NIE UŚMIECHAJ SIĘ. Ładnie. Oczka na pana. Tutaj... Patrz pterodaktyl...Następny."

W zdjęciach pojedynczych wybitnie przeszkadzają Panie Przedszkolanki... Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, i czasem te kobiety powinny mieć wytatuowane swastyki(i pewnie mają, gdzieś w jakichś ciemnych, mokrych intymnych miejscach)... "Poprawie jej tylko fryzurkę - Nie trzeba i tak będzie miała czapkę na glowię - Ale ja tylko, o tu wsuweczka taka ładna i krzywo tak - Ale nie bedzie jej widać, bo czapka... - No ale wsuwka z truskawką i tak krzywo?"
Zdjęcia przedszkolne łamią kanony fotografi chociaż aspirującej do miana artystycznej, ot np. dzieciak powinien patrzeć prosto w obiektyw, nie jest to całkiem lege artis przy żywym temacie ujęcia. No, ale Panie Przedszkolanki już dopilnują żebyś chłopie ustrzelił dziecko jak rasowy artysta. Z taktyki, to im kuźwa normalnie piątke daję. Ostatnio, jak ich było cztery tak się kobieciny rozlokowały, każda w rogu salki i dalejże: No ładnie, patrz na pana, patrz w obiektyw... Amelka, no patrz w obiektyw jak pan woła...
Noż kurwa. Moje biedne nerwy, już nie mówiąc ze pewnie dzieciak do domu nie trafił z powodu oczopląsu... Ale i ja twardy bywam: Pani z jogurtem, pani jest wychowawczynią grupy? No to pani zostaje, pani z jabłkiem i pani z bananem, wychodzimy... wychodzimy powiedziałem, zbyt głośno pani ciamka... Co?! Oj bo zdjęcie zrobię i bez retuszu wyślę... No...

Dalej już idzie z górki, do obiadu seteczka dzieciaków ma już swoje portreciki dla dziadków i reszty famili. Pora zbierać się do nastepnej placówki, może tam dadzą lepszą kawę...