20 wrz 2012

Gibson pisze Le Carre’a - recenzjopoczytanka I


Nieznane stado i nowa książka.

W ogóle, to akcja jest taka... Właśnie wróciłem z fajki, spalonej w kiblu składu #IC035673715 TLK. Na trasie Kraków - Gdynia. Jadę fotografować, gdzieś na Hel. Konferencja jakaś jest. Zientas załatwił(może w ramach spłaty za Hankę). Pociąg jak pociąg - WARS-u nie ma, są współpasażerowie(spokojnie, nie wpierdolę ich przecież, mam kanapkę, jeszcze z baru w Tarnowie, paczkę fajek i puszkę kolki). Ogrzewanie nakurwia, pewnie się zjebie w środku nocy. Obsada przedziału, jak to na dalekich trasach, stanowi przekrój społeczeństwa. Są dwie lale, na oko i ucho świeżo upieczone studentki w swoim wymarzonym Krakowie, gadają napychając swoje zdania zwrotami wyszukanymi i pełnymi intelektualnego zadęcia i czytają na przemian Angorę i Show(„Co czytamy najpierw, głupie czy to drugie? Ja czytam najpierw głupią.“). Przed chwilą napełniły przedział dziką paniką i rządzą zemsty na kasjerce gdy konduktor odkrył że jedna ma źle wypisany bilet i musi dopłacić jedenaście zeta. Rzucała się i zajadle tłumaczyła że ona nie wiedziała, że to nie jej wina i że będzie się skarżyć, swoją drogą konduktor i tak długo okazywał cierpliwość i wyrozumiałość, był jednak stanowczy: „Ten pociąg jedzie przez Dęblin a pani nie ma biletu PRZEZ DĘBLIN, to musi pani dopłacić, OKEJ!?“. No to były lale. Teraz koleś zagadka. Szpakowate nastroszone włosy, czarna skórzana kurtka i zielone sztruksy, wyłożył się na swojej nylonowej torbie i śpi. Normalnie rzekłbym - robotnik budowlany, co to go majster z budowy za picie wyrzucił albo sam postanowił zjechać bo szwagier kasy na czas nie wypłaca. Ale nie. Okoniem tezie tej stają jego buty. Dopiero teraz nie spojrzałem. Wielki Skocie! - czysty rock’n’roll - czarna skóra na białej słoninie, z białymi noskami i szyciem. Kurwa - Preslej! Trzeba mieć fantazję. I być z big bandu! Tak chcę żeby ten koleś grał w big bandzie. Na trąbce, jak Kwinto. Dobra niech śpi. Na koniec w duchu ciągnącej się ostatnio dyskusji o para-igrzyskach, transmisjach i kasie za medale. Na przeciw mnie siedzi koleżka - na oko widać że coś nie tak z kręgosłupem, dwa aparaty słuchowe w uszach i koszulka „III Międzynarodowy Bieg Górski - Limanowa Forrest 2011„. No dobra ale nie o tym miałem pisać...

Jest XXI wiek. Jak załoga przedziału się nudzi, to nie wyciąga flaszki bimbru ani mandoliny, to nie je wojna. Ludziska w chwilach konfrontacji z nieznanym, obcym pierwiastkiem rzeczywistości jakim są dla nich inni współpasażerowie, sięgają po to co im najbliższe i najdroższe - po telefony. Lale odłożyły gazety i coś tak klikają na komóreczkach(„Gdzie tu masz buźki? Aaa, musisz je robić ręcznie.“), koleżka olimpijczyk(daruję sobie „para“, nie chcę spłonąć na stosie razem  z Korwinem-Mikke) też coś tam w smartfonie szuka. Tylko Preslej nigdzie nie loguje bo kima na torbie zielonej. A ja sobie czytam.

Nie, nie Mel dziffko - William!

William Gibson „W kraju agentów“(Spook Country) - tytuł niby powinno się podawać pierwszy, logika tak dyktuje. Jednak w tym przypadku uprzywilejowałem autora. William G. zapomniany prorok cyberopowieści, antyutopijnej „wirtualnej“ rzeczywistości która została prześcignięta przez szarą codzienna rzeczywistość(wiem - zawinięte zdanie). W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, Gibson razem ze Stirlingiem i innymi cyber-pisarzami, tworzyli w swoich powieściach, opowiadaniach i esejach ponure zarysy okresu historii, w który właśnie teraz wkraczamy. Pierwsza połowa XXI wieku, „choroby, wojny, rozpacz“(by Kury), globalna sieć informacyjna oplatająca co się tylko da, rozpad mocarstw(USA i Unia), konflikty megakorporacji o pozyskanie zasobów, konflikty zaibatsu o nowe technologie(zaibatsu - japońskie i w ogóle dalekowschodnie korporacje z jeszcze bardziej „rozluźnioną“ etyką biznesową a zarazem ze sztywnym dalekowschodnim kodem hierarchii), triady, sztuczne inteligencje, plemiona neo-nomadów przemierzające powojenne pustynie. Hakerzy wpinający się do sieci za pomocą neurozłączy by szybciej zdobywać informacje, które są cenniejsze niż platyna, goście ryzykujący wypalenie mózgu tylko po to by zdobyć trochę gotówki, pojechać do Hongkongu czy Chiba-City i za pomocą operacji plastycznych, przeszczepów skóry i wymiany oczu na nowsze jeszcze bardziej upodobnić się do swojej ulubionego celebryty z Sieci!
Ta antyutopia nigdy nie zaistnieje(oby) ale jej elementy składowe mamy już teraz: za oknem, w przedziale kolejowym, w gazetach, w mediach. W Sieci. A gdzieś w tym wszystkim my, zwykli ludzi żyjący dzień za dniem. Zalewa nas śmieciowa technologia, tak wszechobecna w utworach Gibsona. W uszach szumi drętwa i niepotrzebna informacja, dla której i tak nie potrafimy znaleźć zastosowania. A przebłyski instynktu samozachowawczego, wrzeszczącego że giniemy, zabijamy oglądając w autobusie na smartfonie momenty „Przyjaciół“(wersja ambitna) albo jak to Hanka w kartony wjechała(albo patrz poprzedni akapit). Cyberpunk umarł. Niech żyje cyberpunk! Czas Williama Gibsona jako spełnionego proroka nadszedł ale nigdy nie zaistnieje...

No to napisał gość coś innego.

„W kraju agentów“ pisarz nawrócił trochę do naszej rzeczywistości, jednak w miarę lektury widzimy, że po prostu uznał iż nie ma co wybiegać w przyszłość skoro ona już tutaj jest. Ale chociaż sięgnął też Gibson po nowy sztafaż to zostawił ten sam typ bohaterów(a może ten typ ludzi zawsze będzie skazany na podobne historie). Tak baj de łej, to dopiero jestem w połowie, więc nie mam pełnego obrazu fabuły ale opowiem o bohaterach i punkcie startowym powieści, no i o co chodzi z tym Le Carre. Na początku poznajemy więc Hollis, byłą gwiazdę rockowej kapeli, obecnie dorabiającej do marnych tantiem jako dziennikarka. Jej pierwsze poważne zlecenie jest tak samo dziwne, jak magazyn dla którego ma pisać i o którym nic nie wie(rynek wydawniczy też nie).
Dalej - Tito - to jest dopiero koleżka. Członek kubańskiej rodziny z dziada pradziada trudniącej się szpiegowskim fachem(podrabianie, przemyt, inwigilacja, masturbacja), która to familia zrezygnowała z siermiężnej rzeczywistości postsowieckiej Hawany i cała przeszmuglowała się do stanów. No ogrodnikami to oni nie zostali. I wyznają Loa i Matkę Boską Jakąśtam. Czy nie za ostro grają? Dowiem się pewnie o świcie. Równie ważny jest Milgrim - narkoman a w zasadzie wrak narkomana, uprowadzony przez agenta Browna, szemraną postać niewiadomej przynależności, która pewnie odegra spora rolę w książce, na razie jednak jak dobry agent, Brown trzyma niski profil. Meridian zaś zna wolapik, dlatego właśnie Brown go porwał z ulicy. I konia z rzędem temu, kto wie co to wolapik bez googlowania. No i jest jeszcze Bobby, mistrz geotagowania i nowo powstałej gałęzi sztuki opartej na technologii GPS i wzbogaconej rzeczywistości(ang. augmented reality - adnotowanej rzeczywistości?), powoli wszystkie wątki kierują nas do Bobby’ego.  No dobra, to tyle jeśli chodzi o początek, dalej nie będę spojlerował. A teraz, o co kaman z tym Le Carre...

Część druga jutro, mniej więcej o tej samej porze...

6 wrz 2012

Back to blog - po raz enty!

No dobra, przyznaję, chujem tu zaciąga, niczym, nie przymierzając na imprezie w remizie w Krużlowej(chociaż tam ktoś komuś w mordę przylał i było o czym gadać w niedzielę na sumie pod przystankiem)... Pewnie jesteście ciekawe, wy moje wierne cycate fanki, co tam u Wujka Erniego słychać? Ano, powiem tak - Wódka weselna się skończyła, został papieros w ustach i ZZ Top w słuchawkach. Znowu utknąłem na tej podwarszawskiej pipidówie i wciąż fotografuje małe dzieci(UBRANE). Nawet ponarzekać nie ma na co, a Allach mi świadkiem chciałbym ponarzekać, jak czytam czasem blog jednej czy też drugiego i składam sobie pod nosem te okrągłe, zgrabne, narzekające zdaniątka to myśl mnie czasem przeszywa zazdrosna - Też bym tak chciał.
No ale, pracę swoją lubię, w przedszkolu kawą poczęstują, a jak imieniny jakie to nawet i ciastkiem wypieku kuchennej Krysi. Foty tak pozowane w tym roku są, że bez pomocy pań się nie obejdzie, więc pozują te panie leżąc na tle frywolnie i demonstrują dzieciarni jak to się na brzuszku ułożyć, a główkę podeprzeć, a nóżkami zamachać. Przedszkolaki te instrukcje chłoną z otwartymi ustami a i mnie nie raz szczęka opada na widok tak wspaniałego biustu co to się pani zza bluzki wylewa(czasem tylko zerka ten biust ale i tak jest fajny).

Tak, że w tygodniu nie mam źle a i w weekend też nie mogę narzekać. Tu i ówdzie się na wesele pójdzie. Młodych, swatów i rodzinę(bliższą i dalszą) na (wybaczcie archaizm)kliszy uwiecznić, jak to obertasy i polki tańczą, hołubce wycinają. Tu drużba kieliszek napełni i toast jakiś przywoła, tam znowuż wujek Maniek poleje, ten wujek co to ciotką tak przed chwilą na parkiecie obracał w rytm modnego przeboju "Plastikowa Biedronko!". Rano paczka ciastek i tradycyjnie-narodowa połówka weselnej(szafa mi się nie domyka już) - można pożyć.

Jak widzicie nie mam prawa do narzekania. W dodatku do Grybowa, miasta mojego rodzinnego, dotarło(to nic że dwadzieścia lat po całej reszcie świata) Karaoke i to w lokalu otwartym do świtu - szaleństwo mówię Wam(Grybów ma talent! Bicz!)! Do pełni szczęścia brakuje mi tylko powrotu tramwajem do domu, a nie sądzę żeby w tym stuleciu do Grybowa tramwaje jeszcze dotarły.
I tak doszliśmy do smutnego wniosku. Napisać bym coś na blogu chciał ale ponarzekać nie mogę. Znaczy nie tak na poważnie, bo mógłbym na przykład na Tuska, albo na Prezesa, w ostateczności na proboszcza(chociaż z tym ostatnim to chuj), mógłbym na drożyznę tez plugawe jakie zdanie rzucić, na Unię albo i na Ruskich - ale nie chce mi się, i tak jak kogo zapytasz "Panie co tam, jak tam?" to ci powie że chujowo i że nędza. To po co jeszcze i ode mnie macie tego wysłuchiwać.

Ale powrót do blogowania mnie czeka, nie może być inaczej, czuję to i nie mogę się temu oprzeć.
Bo pisać niby nie ma o czym ale powrót do swojego starego bloga jest jak spotkanie po latach w markecie tej cyganki z sąsiedniej wioski z którą straciło się wianek swój chłopięcy - wiesz że zakupów do domu nie doniesiesz!

Bonusowo: