29 gru 2012

Kierunek Północ!(czy północny zachód to juz nie wiem:)

No. Ernest - czek. Bilety - czek. Przy okazji zaliczyłem premierę najnowszego odcinka z mojego ulubionego serialu "Pani z kasy kontra obcokrajowcy"(dwa do zera: kombak noł w pociągu, noł; kombak only kasa, hir...). Teraz tylko czekam na Justynides(podobno robi bułki na droge jeszcze) i będzie "wszystko - czek". Kurna, czuje sie jakbym pierwszy raz do Trójwsi jechał bo nigdy jeszcze nikogo do Gdańska nie wiozłem(no dobra raz ale wtedy kumpel ześwirował). W dodatku nie bedzie to wyjazd w zwykłym stylu "szklanki i szpady" - bedę przewodnikiem: na prawo IKS na lewo bar szaszłyk w kontenerze... i takie tam. Kozioł(znacie Kozła, nie?), otóż nasz Kozio obiecał że się pokaże i nie będzie stroił fochów przy graniu(co więcej zaprosił nawet na posiłek w domu swoim, przy okazji przypomne że Kozio jest autorem słynnej frazy "To co, zjedliśmy to może po lodziku?") Mamy zamiar wbic się na plan najnowszego odcinka Vloga Theodorosa i odbyć pielgrzymkę do Wielkiej Matki Wenus, tak że będzie się działo... Przed nami pierwsze wyzwanie - dziesięć godzin w pociągu TLK i to z przesiadką:) Ostro gramy!

23 gru 2012

Dzień Drugi

fota siorbnieta z www.foter.com
No i dobra. Przezyliśmy(jestesmy lepsi niż Wośp)! I nastał wieczór i poranek, dzień drugi... W sumie, drugi dzień po końcu świata dobiega końca(ostro gramy!). Trochę się zawiodłem, w zasadzie bardzo. Nie tylko "Day One"(sobota) nie powitał mnie chmurami wulkanicznych popiołów i grzybów atomowych na horyzoncie, nie było też bożych szaleńców w panice biegajacych do okoła, nie było tłumów wiernych, lamętujacych "zdowaśmaryjołaskiśpełna..." i formujacych zgrabne procesje w drodze do kościoła(ponoć w okolicznym Szymbarku, podczas I wojny lud zobaczywszy samolot przelatujący nad wsią masowo ruszył do świątyni przebłagiwać za grzechy na widok dwupłatowego "antychrysta"). Nikt nie walczył o pożywienie(na próżno więc zaznajamiałem się ze smakiem ludzkiego mięsa), ani o dostęp do swieżej wody, czy nawet do piwnic tutejszego browaru. Słowem - zero apokalipsy. Miałem tylko kurewskiego kaca.
Popiliśmy kapkę z kolegami z wosjka(też). Stąd też piszę tego posta "ad Day Two", bo przez cała sobotę moje ręce odmawiały współpracy z klawiaturą(za to rwały się do ściskania porcelany). Tak właśnie zwykły(no może tak 7/10) kacor przyćmił wzniosły nastrój postapokalipsy:). Chociaż jak informują niektórzy naukowcy(pewnie ci co juz wytrzeźwieli) są jeszcze w tym roku szanse na małe apo-co-nieco... A wy moi drodzy jak spędziliscie Day One? Z kim lub z czym odbudziliście się sobotniego poranka? Jeżeli były to dwie filipińskie śpiewaczki to na następny koniec swiata idziemy razem!