6 lut 2013

Kfo Wadis Blogu?

Achtung! Uwagen!
Moje drogie(a także te tragicznie tanie) fanki, niech wam wiecznie cycki rosną! Blog Ernesta z powodu niekończącego się wkurwiania interfejsem bloggera, popartego wrodzonym lenistwem(bez html'a ani rusz)... OtoWasz ukochany blog przenosi się na nową darmową i jak na razie spokszą lokację. Niu adres:





Orgazm i amen!

11 sty 2013

Bałkańska misja

Uwaga, niech was nie zmyli tytuł. Będzie o Gdańsku. Ale nie o okołosylwestrowym tripie. Wiem że czekacie na ten wpis, wiem - bedzie - obiecuje, i będzie miał właśnie taki początek jak zapowiadałem.

Teraz jednak chciałem przywołać pare wspomnień z moich lat młodzieńczych spędzonych w Hotelu Jeździeckim(administracyjnie była to część sopockiego toru wyścigów konnych) na Żabiance. Przez te wspomnienia jak przez soczewki spojrzymy na kulinarną(czarną) stronę Gdańska. Mieszkałem o tu, tu na środku tej drogi
Hotel Jeździecki, prowadzony wtedy przez Matkę Marię i jej męża Izydora(sic!) składał się z szeregu obkładanych azbestem segmentów z pokojami, oddzielonych od siebie drewnianymi(również krytymi azbestem) penthousami(z pięterkiem, z którego, kiedy kolega gościł swoje aktualne narzeczone prószyło niemiłosiernie wiórami i kornikami), w tle było słychać rżenie koni z hipodromowych stajni. Na uczelnię i z powrotem dojeżdżałem kolejką SKM, i właśnie pewnego popołudnia kiedy wynurzyłem się z podziemnego przejścia, moim oczom ukazał się przezabawny widok.
Otóż na drewnianym podeście, który wziął się tu nie wiadomo skąd(rano go nie było) kilku całkowicie upalonych murzynów stukało młotkami w gwożdzie, piłowało deski i ewidentnie próbowało coś zbudować. Ostro grają - pomyślałem i postanowiłem się chwilę poprzyglądać ich pracy, po kilku chwilach obok mnie zebrał się juz mały tłumek gapiów a pani z naprzeciwka(z budki z kurczakiem) wyniosła sobie nawet krzesełko. A murzyni jarali, stukali i piłowali przez dni kilka. Owocem ich pracy był mały drewniany pawilonik z ganeczkiem i dymiącym kominem. Oczarowany zapachami wydobywającymi się z wnętrza, jak i zaciekawiony co tez takiego może znajdować się w małym drewnianym pawioloniku postawionym przez murzynów na haju, wszedłem do środka. W środku za kontuarem urzędował jeszcze jeden, wysoki Murzyn, pitrasząc coś na małej kucheneczce i doglądając piekącego się kebaba. Tak poznałem Martina.
Byłem jego pierwszym klientem. Były to czasy kiedy w Trójmieście nie było jeszcze tyle kebabów co dziś, królowały azjatyckie bary z sajgonkami i ryżem i polskie przyczepy z "megabułami" serwowanymi przez wytipsowane laski z osiedla. A u Martina("U Murzyna" - jak potocznie nazywaliśmy pawilonik), u Martina proszę ja cię, pełna egzotyka. Kebab z barana, kurczaka, ryże słodki i nie, falafele, no i sos. Sos u martina dzielił się na trzy rodzaje: dla twardzieli, dla prawdziwych twardzieli i "prosze zapiąc pasy i nie palić - startujemy". Kurwa, uwielbiałem to żarcie. Dzielnia tez uwielbiała, całe to masywne blokowisko stołowało się popołudniami "U Murzyna". Właściciel budki z kurczakiem gryzł paluchy z zazdrości i szykował się do wojny kulinarnej, którą z góry musiał przegrać.

Z Martinem zaprzyjaźniłem się(może to słowo na wyrost, powiedzmy że sostałem wiernym klientem) na długie lata. Nawek kiedy wyprowadziłem się już do akademików na Polanki, wiernie stawiałem się przynajmniej raz w tygodniu na jakis wypaśny posiłem, chociaż wierzcie mi droga na Żabiankę na kacu to jak pielgrzymka do Gwatemali. Kiedy kierowniczka dormitorium sprezentowała mi mojego własnego Nigeryjczyka, którym to przyszło mi dzielić pokój, pierwsze co zabrałem go do "Murzyna". To był obiad, Martin kiedy poznał mojego wspołlokatora, wydzwonił jeszcze jednego krajana i zaprosił nas na wspólny obiad. Zamkneliśmy pawilonik, nagotowaliśmy, a w zasadzie Martin, potrawki z kurczaka i kaszy kuskus(czy jakiejś), po czym zasiedliśmy do stołu(zapewne z braku klepiska pod ręką:). Każdy z nas miał swój talerz z kaszą a naśrodku w dużej misie stała potrwaka z kurczaka w której należało maczać kasze uprzednio naprawszy ją dłonią. Normalnie moja własna Afryka. Piękne to było, no i smaczne.

No dobra, ale dlaczego o tym piszę? Tak mnie naszło żeby spróbować czegoś innego na niedzielny obiad. I tu wchodzicie wy, moje kochane cycate czytelniczki. Martin miał w swoim menu ciekawą potrawę, nazywało to to się "kluski bałkańskie". I te kluski wyglądały tak: dwie wielkie jak moja pięść kluchy, niby a la śląskie ale z czymś zielonym jakby w środku - jakby trawą, polane to było sosem z pomidorów i posypane ostrym serem żółtym. Nie mam pojęcia co to za potrawa była. Ale chcę ja zjeść, więc jeżeli ktokolwiek z Was ma pomysł jak to to się nazywa albo najlepiej posiada namiar na przepis to będę niesamowicie zobowiązany(tak na przynajmniej 0,7 litra), za dostarczenie mi go via mail, fejs albo gołębiem pocztowym. Amen.

29 gru 2012

Kierunek Północ!(czy północny zachód to juz nie wiem:)

No. Ernest - czek. Bilety - czek. Przy okazji zaliczyłem premierę najnowszego odcinka z mojego ulubionego serialu "Pani z kasy kontra obcokrajowcy"(dwa do zera: kombak noł w pociągu, noł; kombak only kasa, hir...). Teraz tylko czekam na Justynides(podobno robi bułki na droge jeszcze) i będzie "wszystko - czek". Kurna, czuje sie jakbym pierwszy raz do Trójwsi jechał bo nigdy jeszcze nikogo do Gdańska nie wiozłem(no dobra raz ale wtedy kumpel ześwirował). W dodatku nie bedzie to wyjazd w zwykłym stylu "szklanki i szpady" - bedę przewodnikiem: na prawo IKS na lewo bar szaszłyk w kontenerze... i takie tam. Kozioł(znacie Kozła, nie?), otóż nasz Kozio obiecał że się pokaże i nie będzie stroił fochów przy graniu(co więcej zaprosił nawet na posiłek w domu swoim, przy okazji przypomne że Kozio jest autorem słynnej frazy "To co, zjedliśmy to może po lodziku?") Mamy zamiar wbic się na plan najnowszego odcinka Vloga Theodorosa i odbyć pielgrzymkę do Wielkiej Matki Wenus, tak że będzie się działo... Przed nami pierwsze wyzwanie - dziesięć godzin w pociągu TLK i to z przesiadką:) Ostro gramy!

23 gru 2012

Dzień Drugi

fota siorbnieta z www.foter.com
No i dobra. Przezyliśmy(jestesmy lepsi niż Wośp)! I nastał wieczór i poranek, dzień drugi... W sumie, drugi dzień po końcu świata dobiega końca(ostro gramy!). Trochę się zawiodłem, w zasadzie bardzo. Nie tylko "Day One"(sobota) nie powitał mnie chmurami wulkanicznych popiołów i grzybów atomowych na horyzoncie, nie było też bożych szaleńców w panice biegajacych do okoła, nie było tłumów wiernych, lamętujacych "zdowaśmaryjołaskiśpełna..." i formujacych zgrabne procesje w drodze do kościoła(ponoć w okolicznym Szymbarku, podczas I wojny lud zobaczywszy samolot przelatujący nad wsią masowo ruszył do świątyni przebłagiwać za grzechy na widok dwupłatowego "antychrysta"). Nikt nie walczył o pożywienie(na próżno więc zaznajamiałem się ze smakiem ludzkiego mięsa), ani o dostęp do swieżej wody, czy nawet do piwnic tutejszego browaru. Słowem - zero apokalipsy. Miałem tylko kurewskiego kaca.
Popiliśmy kapkę z kolegami z wosjka(też). Stąd też piszę tego posta "ad Day Two", bo przez cała sobotę moje ręce odmawiały współpracy z klawiaturą(za to rwały się do ściskania porcelany). Tak właśnie zwykły(no może tak 7/10) kacor przyćmił wzniosły nastrój postapokalipsy:). Chociaż jak informują niektórzy naukowcy(pewnie ci co juz wytrzeźwieli) są jeszcze w tym roku szanse na małe apo-co-nieco... A wy moi drodzy jak spędziliscie Day One? Z kim lub z czym odbudziliście się sobotniego poranka? Jeżeli były to dwie filipińskie śpiewaczki to na następny koniec swiata idziemy razem!