11 sty 2013

Bałkańska misja

Uwaga, niech was nie zmyli tytuł. Będzie o Gdańsku. Ale nie o okołosylwestrowym tripie. Wiem że czekacie na ten wpis, wiem - bedzie - obiecuje, i będzie miał właśnie taki początek jak zapowiadałem.

Teraz jednak chciałem przywołać pare wspomnień z moich lat młodzieńczych spędzonych w Hotelu Jeździeckim(administracyjnie była to część sopockiego toru wyścigów konnych) na Żabiance. Przez te wspomnienia jak przez soczewki spojrzymy na kulinarną(czarną) stronę Gdańska. Mieszkałem o tu, tu na środku tej drogi
Hotel Jeździecki, prowadzony wtedy przez Matkę Marię i jej męża Izydora(sic!) składał się z szeregu obkładanych azbestem segmentów z pokojami, oddzielonych od siebie drewnianymi(również krytymi azbestem) penthousami(z pięterkiem, z którego, kiedy kolega gościł swoje aktualne narzeczone prószyło niemiłosiernie wiórami i kornikami), w tle było słychać rżenie koni z hipodromowych stajni. Na uczelnię i z powrotem dojeżdżałem kolejką SKM, i właśnie pewnego popołudnia kiedy wynurzyłem się z podziemnego przejścia, moim oczom ukazał się przezabawny widok.
Otóż na drewnianym podeście, który wziął się tu nie wiadomo skąd(rano go nie było) kilku całkowicie upalonych murzynów stukało młotkami w gwożdzie, piłowało deski i ewidentnie próbowało coś zbudować. Ostro grają - pomyślałem i postanowiłem się chwilę poprzyglądać ich pracy, po kilku chwilach obok mnie zebrał się juz mały tłumek gapiów a pani z naprzeciwka(z budki z kurczakiem) wyniosła sobie nawet krzesełko. A murzyni jarali, stukali i piłowali przez dni kilka. Owocem ich pracy był mały drewniany pawilonik z ganeczkiem i dymiącym kominem. Oczarowany zapachami wydobywającymi się z wnętrza, jak i zaciekawiony co tez takiego może znajdować się w małym drewnianym pawioloniku postawionym przez murzynów na haju, wszedłem do środka. W środku za kontuarem urzędował jeszcze jeden, wysoki Murzyn, pitrasząc coś na małej kucheneczce i doglądając piekącego się kebaba. Tak poznałem Martina.
Byłem jego pierwszym klientem. Były to czasy kiedy w Trójmieście nie było jeszcze tyle kebabów co dziś, królowały azjatyckie bary z sajgonkami i ryżem i polskie przyczepy z "megabułami" serwowanymi przez wytipsowane laski z osiedla. A u Martina("U Murzyna" - jak potocznie nazywaliśmy pawilonik), u Martina proszę ja cię, pełna egzotyka. Kebab z barana, kurczaka, ryże słodki i nie, falafele, no i sos. Sos u martina dzielił się na trzy rodzaje: dla twardzieli, dla prawdziwych twardzieli i "prosze zapiąc pasy i nie palić - startujemy". Kurwa, uwielbiałem to żarcie. Dzielnia tez uwielbiała, całe to masywne blokowisko stołowało się popołudniami "U Murzyna". Właściciel budki z kurczakiem gryzł paluchy z zazdrości i szykował się do wojny kulinarnej, którą z góry musiał przegrać.

Z Martinem zaprzyjaźniłem się(może to słowo na wyrost, powiedzmy że sostałem wiernym klientem) na długie lata. Nawek kiedy wyprowadziłem się już do akademików na Polanki, wiernie stawiałem się przynajmniej raz w tygodniu na jakis wypaśny posiłem, chociaż wierzcie mi droga na Żabiankę na kacu to jak pielgrzymka do Gwatemali. Kiedy kierowniczka dormitorium sprezentowała mi mojego własnego Nigeryjczyka, którym to przyszło mi dzielić pokój, pierwsze co zabrałem go do "Murzyna". To był obiad, Martin kiedy poznał mojego wspołlokatora, wydzwonił jeszcze jednego krajana i zaprosił nas na wspólny obiad. Zamkneliśmy pawilonik, nagotowaliśmy, a w zasadzie Martin, potrawki z kurczaka i kaszy kuskus(czy jakiejś), po czym zasiedliśmy do stołu(zapewne z braku klepiska pod ręką:). Każdy z nas miał swój talerz z kaszą a naśrodku w dużej misie stała potrwaka z kurczaka w której należało maczać kasze uprzednio naprawszy ją dłonią. Normalnie moja własna Afryka. Piękne to było, no i smaczne.

No dobra, ale dlaczego o tym piszę? Tak mnie naszło żeby spróbować czegoś innego na niedzielny obiad. I tu wchodzicie wy, moje kochane cycate czytelniczki. Martin miał w swoim menu ciekawą potrawę, nazywało to to się "kluski bałkańskie". I te kluski wyglądały tak: dwie wielkie jak moja pięść kluchy, niby a la śląskie ale z czymś zielonym jakby w środku - jakby trawą, polane to było sosem z pomidorów i posypane ostrym serem żółtym. Nie mam pojęcia co to za potrawa była. Ale chcę ja zjeść, więc jeżeli ktokolwiek z Was ma pomysł jak to to się nazywa albo najlepiej posiada namiar na przepis to będę niesamowicie zobowiązany(tak na przynajmniej 0,7 litra), za dostarczenie mi go via mail, fejs albo gołębiem pocztowym. Amen.