10 paź 2010

Mojego życia z IKSem ciąg dalszy...

Ciężko idzie bo pamięć już nie ta. Ale idzie. Przed wami...

(part łan dostępna tutaj)

"Moje życie z IKSem" Part Tu

Ernest Probaton


Rok 2003, listopad, Gdańsk dom studencki nr3 na Polankach

Mój horyzont imprezowy się rozszerza, po licznych wódkach i piwach na czwartym piętrze zaczynam zwiedzać akademik. Poznaję Lamę i Andrzeja. Alkoholowe libacje wznoszą się na wyższy poziom, bimber z Chojnic i wino ryżowe na krechę od chłopaków z trzeciego pietra gwarantują odpowiedni poziom upojenia. W IKSie nowe twarze, poznaję DJ Trabanta, spoko koleżka puszcza miły dla ucha old-school. Lama i Andrzej to pierwsze szklanki Polanek, mają też miłe koleżanki. Ostre, wyluzowane i o bezwzględnych ciałach. Jedna z nich szepcze mi do ucha że masaż karku działa na nią jak afrodyzjak. Do słownika mojego i Sebastiana wchodzi hasło: Zruchałeś ją? Nie, ale moje ręce były wszędzie!


Rok 2003, grudzień, Gdańsk dom studencki nr3 na Polankach

Z dziewczętami z psychologii oglądam dużo filmów. Nie płaczę na "Pasji". Sebastian decyduje zakochać się w jednej z psycholożek. Jak kochać to tylko we dwóch, po paru głębszych zgadzam się towarzyszyć mu na tej drodze. W IKSie, po północy puszczają naprawdę dobrą muzę, na zaciemnionym parkiecie można zawiesić się na dziewczynie przy DOORSach. Czy tego chce czy nie. Poznaję pewną blond-rudą pannę, szalejemy na parkiecie. Ziętek jak nigdy puszcza muzę z "Dirty Dancing", ona woła "Podrzuć mnie, podrzuć!"... Podrzucam, sufit jest chyba na wysokości 2,10m. Dobrze rzucam. Dziewczyna wybiega z klubu z rozcietą skronią. Krzyczy "Mam muza gózgu, kurwa, mam muza gózgu!!!". Jestem pijanym mężczyzną, nie mogę dać się ponieść emocjom. Spokojnym, pewnym krokiem podchodzę do baru i wołam: Świnia, daj gazę i wodę utlenioną, bo mi się partnerka rozjebała! Przed klubem przystępuję do dezynfekcji. Pacjentka histeryzuje, próbuje uciekać. Na szczęście są chłopaki. Chłopaki przytrzymajcie ją! - mówię. Chłopaki ją przytrzymują. Ślady jej zębów noszę na dłoni do dziś.


Rok 2004, styczeń, Gdańsk dom studencki nr3 na Polankach

Dziewczyna którą kochamy z Sebastianem ma problemy z kolegami. Niektórzy ją odwiedzają. Ale jesteśmy zgranym zespołem adoratorów. Często wpadamy na herbatę. Przez następne pięć lat nie będzie mogła znaleźć sobie chłopaka. Po studiach wyjdzie za mąż za pierwszego który się nawinie. Chodzimy do IKSa w czwartki i soboty. W piątki puszczają czarną muzę której nie znoszę. Postanawiam jednak zerknąć jak tam jest. Gdyby nie muza byłoby spoko. Lubię rozmawiać z dziewczętami na schodach przed wejściem, jest chłodno i w miarę ciszej. Popijam browara i gadam z rudą panną o wiśniowych ustach, nagle ktoś wyprowadza nieprzytomnego Lamę. Pomagam go zanieść do akademika. Lama jest nieprzytomny, ma rozcięty podbródek, który obficie krwawi. Mam już wprawę w dezynfekcji, postanawiam że pomimo znacznego upojenia przeprowadzę zabieg. Oczyszczam zranioną brodę Lamy jego własnym bimbrem i papierem toaletowym. Pacjent odzyskuje na chwilę przytomność i puszcza czarnego pawia do czerwonego wiadra na śmieci. Znowu mdleje. Dzwonię po karetkę ale jest problem z komunikacją, pani twierdzi że jestem pijany i majaczę. W końcu jednak pogotowie przyjeżdża, Lama dalej jest nieprzytomny. Pani doktor to niezła sztuka, próbuję flirtu. Nie wychodzi. Lama otwiera jedno oko, zabierają go na obserwację. Wracam do IKSa, ruda już wyrwana. Rano dostaję zjeby od portiery że chodzę tak najebany że aż mnie koledzy muszą taszczyć do pokoju, pytam którzy koledzy? No pan Lama. W południe Lama w obawie przed opłatami podejmuje śmiałe próby ucieczki ze szpitala, przy pierwszej mdleje w tramwaju, dopiero druga udaje się w pełni. Zjawia się u mnie w szpitalnej pidżamie i pyta czy wieczorem idziemy do IKSa.


CDN

9 paź 2010

Do przyjaciół Gdańszczan!

Musiałem się odpiąć na chwilę od netu, bo nic bym nie napisał - Łata na fejsie chwali się właśnie szarmanckim komplementem usłyszanym od bóg wie kogo...

Jak wiecie dałem nogę z Trypolis i spędzam teraz weekendy w górach, a robocze tygodnie upływają mi na fotografowaniu małych dzieci(ale ubranych). Z oddali więc, obserwuję to wszystko co dzieje się wokół otwartego na nowo Mojego Najukochańszego Klubu i trochę mnie martwi fakt, że wygląda to wszystko dosyć słabo. wprawdzie najgorsze co mogło się stać już się dawno odstało, IKS wrócił w ręce dawnych(jak dla mnie prawowitych) właścicieli/prowadzących. I dobrze, jednakże dwa lata Wysepki odcisnęło swoje piętno na Polankach. Ponoć ludziska nie garną się za bardzo do tego Wyśmienitego Siedliska Zła i Rozpusty. No to słuchajcie misiaki, Wujek Ernest zamawia sobie drugą wódkę, zapala szluga i teraz rzuci tu Wam parę slajdów z nieodległej przeszłości...

"Moje życie z IKSem"

Ernest Probaton




Rok 2000, luty, Kraków gdzieś na Kazimierzu.

Leżę pod stołem, zawinięty w jakiś koc, w głowie helikoptery szturmują fort mojego błędnika(tanie wino, wymieszane z Żubrówką to jednak nie przelewki). Nagle przykuca przy mnie przy mnie drobna blondynka, świetny biust, niewiele jest kobiet na Krakowskim Konwencie Fantastyki. Cześć możemy się tu położyć? - pyta, jej koleżanka to kasztanowo-włosa piękność o lekko wystających siekaczach. Spoko - rzucam. W ciągu dwóch następnych godzin poznajemy się, są z Gdańska, wymieniamy się opowieściami o książkach, konwentach i imprezach. Padają magiczne nazwy: Kwadrat, Igrek, Iks... Obiecuję je odwiedzić w Trójmieście.

Rok 2001, październik, Gdańsk hotel dla studentów na Żabiance.

Kolejne wino pęka, rozbawione towarzystwo powoli zbiera się do wyjścia na imprezę, nastepuje tradycyjna chwila wahania: gdzie by tu uderzyć? Ręce szperają po kieszeniach. Sprawdzanie aktywów. Gumy, fajki, parę kapsli po piwie jasnym marki "Książ". Z kasą słabo. Kieszenie szeleszczą, bo to kieszenie od dresów, większość moich współmieszkańców to studenci AWFu. Mało kasy, mało czasu(już blisko północ), trudno, nie jedziemy do IKSa, ruszamy do Olimpu. Czuję się tu jak śliwka w beczce śledzi: klubowicze w błyszczących wdziankach z paskami po bokach, na parkiecie zgrillowane gimnastyczki w cekinowych sukienkach. Nie, to stanowczo nie mój styl! Tydzień później, kumpel z roku oferuje się zabrać mnie do IKSa, jestem wolnym, słuchaczem nie mam legitymacji, ale chyba mnie wpuszczą... Jakoś wpuścili, ale nic nie pamiętam bo po drodze i w akademcu u Wojtka G., który jest pastorem baptystów zrobiliśmy już trochę... W następnym tygodniu walimy do Kwadratu...

Rok 2003, październik, Gdańsk dom studencki nr3 na Polankach.

Mój pierwszy dzień w akademiku, stoję w pustym, białym pokoju i gapię się tępo na stół. Na odrapanym meblu leży magiczna kwota 20,84 PLN(słownie dwadzieścia jeden złotych i osiemdziesiąt cztery grosze), to wszystko co zostało mi z wrześniowego szaleństwa, przepiłem całe oszczędności. Do grudnia. Nic to! - jak mówi pierwsza zasada nictoizmu, może jakoś przeżyję. Wieczorem pierwsza zapoznawcza posiadówa na korytarzu, tylko ja i jakiś kolo w długich włosach mamy za sobą jakiś staż na studiach, reszta to pierwszy rok psychologii. Poważnie zastanawiamy się, czy UG nie kręci tu jakiegoś eksperymentu. Koleżka ma na imię Sebastian, zostaniemy kumplami. Po pierwszym tygodniu mamy już otagowane wszystkie laski z piętra: ta fajna, ta niezła dupa, ta ma zajebiste cycki, ta kujonka a ta brzydka... Uruchamiam akcję "Dożywiamy Ernesta", ludzie z którymi przepiłem dwa ostatnie tygodnie września znoszą mi żywność i fajki, niekiedy pokój wygląda jak kwatera główna pomocy dla powodzian. Jest problem z alkoholem, nikt za bardzo nie chce się dzielić, ale da się coś zrobić. W poniedziałki w Igreku są kalambury, we wtorki karaoke, za dobry performance można zgarnąć małego browca. Chodzę najebany początkiem tygodnia, a cała reszta w weekend. Zostaje mistrzem kalamburów. Portierki mnie nienawidzą. Zostanie im to na lata.

Sebastian pożycza mi jakąś kasę, transport browarów z Żyda przeszedł pomimo pewnych trudności na portierni. Nawalimy się i idziemy z laskami z psychologii do Iksa. Hasło "pij szybciej bo ci pizda zejdzie!" wchodzi do codziennego słownika.
W klubie szaleństwo, 1000 i jedna noc skondensowane w kilka godzin, nie obywa się oczywiście bez ekscesów. Najebany wtaczam się do didżejki, za konsoletą jakiś starszy koleżka z kieliszkiem wina w ręku, żądam rock'n'rolla, dziadek mówi że mogę sobie zamawiać a on i tak będzie puszczał co mu się spodoba. Mówię mu żeby się pierdolił. Tak oto poznaję Ziętka. Za parę lat sprzedam mu dziewczynę.

CDN

6 paź 2010

Sakramaszzss!

Ale się wstrętnie zapuściłem z tym blogiem. Tragedia!

Cóż... Bywa, ale co tam, sporo się działo w moim życiu i prywatnym, i zawodowym(o kurwa! mam życie zawodowe!). Dwa lata, prawie, pojawiałem się tutaj tylko po to żeby zmienić layout - ale dosyć już tego!

Ale nawaliłem wykrzykników w poprzednim akapicie, a pewnie mógłbym tak jeszcze i ze dwa... No to w skrócie!(kolejny):

- dalej pracuje jako objazdowy fotografina, i dobrze mi z tym.

- w dalszym ciągu nie dorobiłem się porządnego samochodu co z kolei nie upoważnia mnie do posiadania porządnej kobiety(nieporządnej też z reszta nie, mbwanakubwa!)

- nie przestałem lubić dobrych opowieści, one po prostu zmieniły swoje zabarwienie, tak jakbym patrzył na wypłowiałą etykietę od wina za 4,7 PLN, treść dalej poniewiera ale opakowanie już nie cieszy. Nic to! O tym też da się pisać, będzie tylko więcej czarnego humoru zamiast przaśnych, poalkoholowych historyjek.

W ogóle to szukałem inspiracji do pisania w internecie. Zaglądałem tu i tam, a nawet ówdzie, i co ? Ludzie, jaja! Sieć się rozrasta, nowe serwisy społecznościowe z wielkim niebieskim bratem na czele, wyrastają jak grzyby po deszczu i rozrastają się jak plama moczu na pierwszym śniegu... I kurwa nic! Wielkie, jebitne, wystukane w najpopularniejszych czcionkach, edytowane w html-u i css-ie, kurewskie nic! A może źle szukam, ale co blog to biznes, "kliknij tu!" i "polub to!". Odgrzewane kawałki o tym jak edytować posty i wymyślać zabójcze nagłówki, publikowane tylko po to żeby twoje wejście na stronkę dorzuciło kolejną setną centa do rachunku. Ech nawet nie chce mi się o tym rozpisywać. Nadzieje że sieć uwolni potencjał piszących do szuflady tekściarzy i eseistów, i kogo tam jeszcze, umarły wraz z nastaniem ery "pay per click" czy "pay per view"... Trudno, ja jeden nie zamierzam spuszczać gardy. Coś tam się tu i ówdzie pichci...