10 maj 2009

Pustynia kontratakuje...

Wiem, obiecałem, ale jednak chyba jestem zbyt leniwy, każdy deadline uwiera mnie jak przyciasne gacie w kroku. No ale, słowo to słowo, nawet jeśli piszę to teraz siedząc krawedzią tyłka na łóżku które na tą zawszoną(coś mnie pogryzło po brzuchu niecnie, znalazło szeroki pole do harców i pogryzło)agroturystykę trafiło chyba prosto z planu "Włóż go przez kratę IV", i to przez dary dla powodzian... Za podkładkę pod mysz robi tom listów i komentarzy Raymonda Chandllera(i kto kurwa wie, że w marcu przypadła pięćdziesiąta rocznica jego śmierci, co??), na szafce nocnej zastepujęcej stolik pod kompa, z popioły kiepy podejmują już szturm na podłogę, a paczka Mocnych straszy nadrukiem "palenie zabija"... Dam radę... Pomyslalem jednak, że i wam i mnie dobrze zrobi mała zmiana perspektywy z której patrzymy na tą historię. Zgaście więc światło(choć i tak wiem że lubicie czytac mnie po ciemku, świntuszki) i poczujcie ten smrodek przedziału kolejowego drugiej klasy na trasie Krynica Górska-Gdynia... Leżałem sam, w ciemności przeszywanej tylko szybkimi błyskami pomarańczowych i niebieskich świateł zza okna, za szybą płynie Polska. Lubię jeździć pociagami, szczgólnie nocą i w pustym przedziale, przypomina to trochę drogę na cmentarz. W trumnie. Kładziesz się na siedzeniu, w butach, nie ma cię, niby jesteś, ale gdzie? Zapaszek, jakby cos się rozkładało. Czasem coś szarpnie, jak gdyby koleżka co na wlasnym barku twoją trumnę dźwiga przesadził z wódą na stypie, czasem hamowanie prawie zwala cię na podłogę, to pewnie jakaś staruszka wyskoczyła na pasy przed karawanem. Za cienką ścianą obitą laminatem, czasem ktoś coś zaspiewa albo zapłacze, czasem jeszcze coś. Deszcz zabębni w dach jak gródki ziemi z łopaty grabarza, a jak już jako tako ułożysz sie do snu i przymkniesz oczy... Bach, sąd ostateczny-kontrola biletów. W takiej podróży zawsze ugniatam nudę w komórce, mały telefon w paczkach po 164 znaki każda, pomaga mi sie pozbyć natłoku myśli. Esemesuję do każdego numeru w ksiązce, jak leci, nie ważne czy to Anetka, poznana około północnej godziny pod jakąś knajpą, co do której(i knajpy i Anetki)mam raczej pewność, że nigdy się nie spotkamy, czy też była koleżanka z roku, bacznie obserwowana przezemnie od dwócz lat, przy czym moja nią fascynacja rosła z miesiąca na miesiąc. Piszę do każdego i pytam o wszystko, jak leci, co porabia, i co tam u teściów. Czasem ktoś nawet odpisze, ja też odpowiadam i tak jakoś przez kilka godzin się to kręci, potem przychodzi czwarta rano albo kończy się kredyt. Podróż którą opisuję miała miejsce już chyba z rok albo dwa po tym jak poznałem Pustynię. Przez ten czas zdążyłem ja poznać calkiem dobrze, a przynajmniej tak mi się zadawało. Po tamtych wakacjach nadszedł wrzesień a z nim wizyta pewnej szczególnej dla mnie osoby, następnie październik. Po wygranej kampani wrześniowej( po jakiś wpis dzwoniłem nawet na polskie stanowisko archeologiczne gdzieś w Turcji albo innym Pakistanie) znowu mogłem zamieszkać w akademiku. Tak, tamtej jesieni Bóg nie kochal portierek. Brać studencka w październiku robi to co umie najlepiej. Nie, dzierganie makatek jest dopiero na drugim miejscu. Chlałem i ja, miałem też sporo radochyz przyszłych-niedoszłych współlokatorów. Wylegujesz sobie spokojnie kaca przed kolejną wieczorna parapetówką, a toto wchodzi jak do siebie, ciska walizkę czy plecak na wyro i mówi "cześć, będziemy razem mieszkać". He he. Nieobeznanym świerzakom z pierwszego roku udawało się dojść nawet do "razem", po czym szybki rzut oka na pokój przywracał ich do rzeczywistości i wycofywali się po cichu, stary wiarus akademikowy tylko otwierał drzwi, spostrzegał mnie, zamiast powitalnej frazy rzucał krótkie "o kurwa!" i leciał w dydry do kierowniczki po innym przydział zanim braknie miejsc. Takie to miałem w owych czasach uciechy i zabawy. Po kilku tygodniach, kiedy nie spożywa się juz tyle, że jedynym miejsce dokąd można dojść jest klub w podziemiach domu studenckiego nastapiła faza "wyjść na miasto"...