24 sie 2011

I ten..

No dobra. Trochę mnie nie było. Pomińmy to.
Ostatnio widziałem się z Zacharem. Nie widuję się z nim tak często jakbym chciał. Ale namówił mnie.
I teraz kurwa ACHTUNG!
Rzucę jedno hasło.
Powieść w odcinkach. Part One.
Czytajcie.
Kiedyś napisałem to dla pewnej dziewczyny.


Part One

Siedziałem na schodach. W akademiku. Tak wiem, ta opowieść nie zapowiada się na szalony hicior. Trudno. Schody to schody. Stare lastryko wytarte podeszwami kilku pokoleń studentów, w dzień szorowane do szpitalnego połysku przez sprzątaczki w kwiecistych kitlach i o zwiędłych twarzach,teraz lepiło się od rozlanego alkoholu, gum do żucia, błotnistych śladów adidasów i bogowie wiedzą czego jeszcze. Powietrze miało zapach zwietrzałego browca. Popiół z tlącego się w dłoni papierosa spadł mi na kolano. Noż kurwa - pomyślałem i odruchowo wtarłem go w dżinsy. Fajek dalej tlił się znudzony, nie pomagałem mu. Słuchałem jak piętro wyżej, w kuchni pękającej w szwach od braci studenckiej, jakiś dobrze już zrobiony gitarzysta zawodził„Bar Na Stawach“ Bellona. Jak na moje ucho, pewnie miał długie włosy spięte w kucyk. Dwoma wdechami zabiłem papierosa i pochowałem go, w masowym grobie warującej przy nodze blaszanej popielniczki. Z drzwi za moimi plecami, z ciemnego korytarza wytoczył się na zgiętych kolanach kolejny zagubiony balangowicz. Znacie ten typ, deczko już zarzygana czarna koszula, z kołnierzem tak sztywno postawionym na sztorc jakby to była viagra a nie krochmal, buty w cenie kolacji dla dwojga, na głowie modny, grzeczny irokez z dyskretną nutką żelu. Butelka Desperados albo innego soft-drinka dopełniała całości. Łypnął na mnie podpitym okiem, czknął i niepewnie trzymając się barierki poczłapał w dół. Co tu zostało z wierszy mistrza... Odpaliłem kolejnego papierosa. Blizna nad prawą łopatką szczypała wciąż niemiłosiernie, w dodatku przy każdym mocniejszym skręcie tułowia miałem wrażenie że ta cyniczna, ruda lekarka dorobiła niciom chirurgicznym jakieś kolce, które piłują moje ciało. No i na chuj się zaszywałem? - chmura tytoniowego dymu unosząca się nad schodami nie raczyła nawet odpowiedzieć.Niepotrzebnie obdarzyłem ją jeszcze pytającym spojrzeniem, natychmiast zaczęły łzawic mi oczy, przetarłem je i spojrzałem na zegarek. No ładnie, pomyślałem podnosząc w górę głowę,jeszcze godzina i będą mogli zaintonować „Blues o czwartej nad ranem“. Lubię tę piosenkę, poczekam sobie. Nagle, w lustrze na półpiętrze, zamigotał krótki, złoty lok. To ona - pomyślałem, poderwałem się na nogi żeby zobaczyć więcej. No nie, nie ten nos- usiadłem z powrotem. Jak ja się w to wszystko wjebałem? -zapytałem siebie w duchu, serce bolało mnie chyba bardziej niż ten cholerny esperal - Jak ja się w to wjebałem?

Trzy tygodnie wcześniej...

Targ Węglowy w pierwszych, nielicznych jeszcze, promieniach wrześniowego słońca przypominał brazylijskie modelowe favelas. Ławice kolorowych śmieci przesypywały się zgrabnie pomiędzy koślawo ustawionymi płotkami i potarganymi przez nocny wiatr i balangowiczów, wiatami kramarzy tandetą. Środek placu zajmowało kilka brzydkich kontenerów z wymalowanym logo TVP i spory telebim. Co tu się kurwa dzieje? -pomyślałem wchodząc na bruk przy budynku teatru, popularnie zwanego wybrzeżakiem. Na trawniku obok, siedziały dwa przegrilowane w solarium lachony w białych szortach i złotych sandałkach, w zamierzeniu miało to zapewne podkreślać opaleniznę ale wyszły dwie marchewki w stroju imprezowym. Lachony wspierały głowy jedna o drugą i cichutko pochlipywały zapewne z tęsknoty za Jarem albo innym Maxem co to ma rasowanego golfa, wujka w monopolowym, i miał być na melanżu, ale Łysy na bramce nie wpuścił go do klubu. Zadumałem się przez chwilę nad smutna dolą opuszczonego lachona i pociągnąłem tęgi łyk wermuta kupionego pół butelki temu w nocnym. Zastanawiałem się czy nie podejść i nie pocieszyć chociaż jednej z nich, ale czułem że nadchodzący świt nie pomoże pierwszemu wrażeniu. Telebimami też już nie zaprzątałem sobie głowy. Skierowałem swoje kroki w lewo, do Absyntu.

Absynt... Caffe Absinth... Nie pamiętam już kiedy trafiłem tam po raz pierwszy, pewien jestem tylko tego, że regularnie zacząłem tam uczęszczać gdy odkryłem że pracują tam Nóżki. To były niesamowite dziewczyny, brunetka i blondynka, a jakże. Mieszkały w sąsiednim akademiku i kiedy w pierwsze słoneczne, majowe dni opalały się na balkonie albo uprawiały dżoging pomiędzy domami studenckimi każdy facet znajdował powód aby przystanąć i zachwycić się strzelistymi kształtami biegaczek(co nie co także falowało słodko tu i ówdzie). Jednak ich uroczy cynizm i otwartość w kontaktach z mężczyznami sprawiały, że tylko ci najodważniejsi posuwali się do wyobrażeń o rytmicznym rozprowadzaniu na tych ciałach równych warstw kremu do opalania... W samej zaś knajpie klienci przy barze tworzyli coś na kształt synchronicznej, ruchomej instalacji.„Ogromne morze ludzkich głów” obracało się jednocześnie aby śledzić każdy ich gibki ruch za kontuarem. Były doskonałą, ostrą przyprawą dla młodego klubu. Teraz te czasy minęły, Nóżki już parę lat temu zniknęły zza baru, na ich miejsce pojawili się metro-barmani i dzikie walkirie z rozpasanymi ciałami i dredami sięgającymi ziemi. Klientela chyba się nie zmieniła, to ja po prostu się postarzałem i nie zachwycam się już grupkami siedzących w ciasnych kółkach dziewcząt z grup parateatralnych działających przy Wybżeżaku. Dziewczęta czekały tylko na odpowiednią fazę upojenia i jak na sygnał wskakiwały na stoły aby w szaleńczym tańcu rozkopać szkło. Pod ścianami i na kanapach nadal zasiadają kolesie studiujący lub usiłujący wyglądać jakby studiowali na ASP, kapelusze, bluzo-marynarki, wystudiowane, lekko kobiece ruchy( zawsze mnie o zastanawiało że dziewczyny z Akademii były nawet w swoich artystycznych pozach o wiele bardziej męskie, często rozważałem pomiędzy pierwszą a piątą wódką czy to łagodność , żeby nie powiedzieć niezdecydowanie płciowe studentów, odbijało się na studentkach ASP, czy też odwrotnie, ich twarde, przebojowe charaktery przygniatały tych pierwszych). Te grupy stanowiły tło dla śmietanki towarzyskiej i biznesowo-artystycznej która przychodziła tłumnie do Absyntu, najczęściej po północy aby błyszczeć, wkurwiać, inspirować i wyrywać małolaty(teraz śmietanka nadal się tam bawi, jest tylko trochę bardziej podtatusiała... zważona).Do tego wszystkiego, w którymś momencie knajpa stała się popularna wśród zagranicznych a nawet zamorskich turystów i rezydentów w Gdańsku. O wiele łatwiej było można natknąć się tu na semickie albo śródziemnomorskie rysy twarzy niż na zdrową, przaśną, kaszubską mordę.

Jeden tylko aspekt Absyntu pozostał niewzruszony. Jeżeli gonił cię świt, kac i zawiedzione nadzieje, jeżeli czułeś że nie zniesiesz więcej dzikich jazd swojej narcystycznej osobowości i po prostu wiedziałeś że albo zgubisz się w jakimś kolorowym anonimowym tłumie albo nastąpi, kurwa, niewiem... samozapłon, to Absynt był miejscem dla ciebie. Masz dosyć wiecznie uśmiechniętych znajomych gąb, z pijanym uśmiechem na ustach pytających pusto: - Stary, co tak marnie wyglądasz? - wbijaj do Absyntu. Dziewczyna, dla której przeniósłbyś stolicę z powrotem do Krakowa, albo podpalił ten cyrk na Wiejskiej odchodzi z innym spod klubu w mrok nocy, i zapewne jego sypialni(jak podpowiadaci tępy głos w twojej głowie), tylko dlatego że koleżka umie opowiadać gładkie dyrdymały i całkowicie nie zwraca na nią uwagi? Wbijaj do Absyntu! A może zakochałeś się nieszczęśliwie?Tak, najzwyczajniej, po ludzku zakochałeś się w niskiej drobnej blondyneczce napotkanej na uczelni, zdobyłeś się na odwagę ipowiedziałeś jej o tym gdzieś w sercu klasycznej akademikowejpopijawy, a ona zbyła cię kilkoma banałami, w stylu: nie wiem, niechcę się spieszyć, dajmy temu trochę czasu... Albo pozbawiła cie serca jednym smagnięciem, jednym paskudnym cięciem: - Nie, ale lubię cię jako przyjaciela. Tak było stary? Uciekasz, a jednocześnie nie chcesz zostać sam bo boisz się że ześwirujesz? Wbijaj do Absyntu. Zmierzałem tam właśnie i ja.

Moje powody nie były może aż tak drastyczne jak te wymienione wyżej, ale potrzebowałem jakiejś ucieczki a za razem energii tłumu. Przystanąłem jeszcze na chwilę przed witryna księgarni sąsiadującej przez szklane ściany zwejściem do teatru. Pociągnąłem jeszcze jeden łyk i mój wermut zrobił się całkiem przejrzysty i bez smaku. Pusta butelka nie miała nic na swoje usprawiedliwienie, więc ja wyrzuciłem. Wszedłem do baru.

Obudziłem się z głową odchyloną dotyłu na zimnym, wiklinowym krześle. Przede mną na stoliku w pustej filiżance dopalała się końcówka papierosa. Odruchowo spojrzałem na zegarek. Było pół do ósmej.