14 gru 2009

Czy je jeszcze pamiętasz...?

Hola Amigos!

Wielkie, futrzane Joł dla wszystkich stałych czytelników na rozgrzanie(pełnoletnim zalecam zaś kielicha). Zima znowu, jak co roku, zaskoczyła drogowców, a ponoc ma być jeszcze zimniej. Hu-ha nasza zima zła, szczypie w suty, szczypie w uszy... i sialala...

Dziś zaczniemy od krótkiego rzutu okiem w przeszłość, do archiwum Waszego ulubionego bloga. Owóż, panie, łońskiego roku... Nie, nie. Aż tak daleko to nie. Tego roku, w marcu, w pierwszej połowie marca... Szalał kryzys, w mediach panny pogodynki sikały w majty czytając wieści o ofiarach recesji w kraju i na świecie. Ja też byłem cokolwiek przygnębiony z powodu nienadejściawiosny i braku odsłoniętych części kobiecych ciał na ulicach. Aż tu nagle, trafiłem w necie na coś co naprawdę poprawiającego humor, prawie jak tajski masaż tylko bez małej sepleniącej tajki skaczącej ci po plecach... Dwie dziewoje o zbalansowanym dystansie do świata i do siebie, fantastycznym poczuciu humoru i ewidentnych talentach choreograficznych wrzuciły na swój kanał na YouTUBE wesołe parodie znanych przebojów z własnym układem tanecznym. Moje wrażenia i ogólny podziw wyraziłem w tym poście. Na YouTUBE komentarze do dynamicznego Waterloo, kolorowego Daddy Cool, i uwielbianego przez wszystkich Kolorowego Wiatru szły w tysiące...

Niestety po niedługim okresie czasu podnoszące na duchu filmiki zniknęły z kanału użytkownika moszka09, za czym i link do teledysku na blogu przestał działać. Zrobiło się smutno. Publika w tysiącach(sic!) komentarzy dawała znać o rozpaczy i żalu, nie wiem ile sesji zostało przez to niezdanych i ilu fanów zepchnęło to w ponurą odchłań onanizmu i ogólnego dziwactwa(vide KozioU)... W krótkich i rzadkich notkach rzucanych przez Twórczynie do wygłodniałych rzesz fanów można było wyczytac że kiedyś filmiki wrócą ponownie w glorii i chwale. Kiedy? Nie wiadomo, najprawdopodobniej kiedy nadejdzie Właściwy Czas...

Mnie nie chciało się czekać. Kilkugodzinne przeszukiwanie sieci nie dało wiele, ale... jednak...

Oto przed Wami, ponownie, Niemampojęciakto, i znów są zajebiste...



W sam raz na te śniegi co nadejdą...

Ps. Koziou, jakby co nadal szukasz na własną rękę, ja biorę wyższą.

3 gru 2009

Pierwsza Gwiazdka


Przedszkole gdzieś na Podhalu...
Jestem Świętym Mikołajem, przynoszę prezenty.
Przed rozdawaniem podarków pozuję z maluchami do pamiątkowego zdjęcia.
Biorę na kolana najmniejszego dzieciaka w szarym sweterku. Nie waży dużo.
Cisza przed zdjęciem.
Mały patrzy mi głęboko w oczy. Dziecięce szczere spojrzenie. Nawet takie dranie jak ja...
Zagniewana minka i oskarżycielski ton, i pytanie:
"Czy to TY przyniosłeś RÓZGĘ mojej MAMIE?"

Padam porażony.

28 lis 2009

Kultura, panie tego tfu, obrazkowa... Part II

Jakoś strasznie długawy ten wpis się robi, i na dodatek część pierwsza wyszła mi dosyć pompatyczna. Szaleństwo. Na domiar dziwnego jeszcze KozioU ponoć coś nawet nabluzgał w komentarzach a później bluzgał mnie ze je skasowałem... Nescio. Gdyby ktoś widział komentarz KozioUa to niech da znać. Żeby było jeszcze dziwniej wspomniany wyżej osobnik podochocony poprzednim postem pisał do mnie na gadu, że ma jakieś wyjątkowe komiksy i chciałby się ze mną niemi podzielić. Drogi Waldku jeśli to dzielenie miałoby wyglądać, jak tuszę, tak: my dwaj wygodnie wyciągnięci na miękkim łóżku przykrytym różową narzutką, pochyleni nad komiksem, machający radośnie nóżkami i rzucający w siebie popcornem... To ja się, kurna, na to nie piszę... Rwij rudą!

Wracając do komiksów...

Może najpierw krótki rzut ogólny. Opowieści obrazkowe były, do niedawna, przez tzw. mainstreamowych czytelników literatury niskiej, wysokiej i gównianej traktowane, co najmniej, po macoszemu. Ot, rysowanki dla dzieciaków, zważając na oferte jaką do niedawna częstował nas rynek("Kajko i Kokosz", "Asterix" nieśmiertelny "Thorgal", komiksowe dodatki do "Fantastyki" - nie mówię, że były one kiepskie w formie czy treści, ale na pewno były przeznaczone dla małego czy też młodzieżowego czytelnika, sprawiało że z komiksu w pewnym wieku sie wyrastało i zapominało o nim) nie zachęcało to do powrotu do komiksowego medium już dorosłego i wyrobionego czytacza.

Dopiero kilka lat temu, w dużej części za sprawą fandomu fantastycznego, i z nieocenioną pomocą magazynu "Świat Komiksu" mogliśmy rzucić okiem na to co rozwinięte i dojrzałe uniwersum komiksu ma nam do zaoferowania. Trzeba tu tez wspomnieć o wydatnej pomocy ze strony wielkiego ekranu, którego przedstawiciele stosunkowo wcześniej wyczuli grunt. Doskonałe ekranizacje sztandarowych powieści graficznych, jak "V jak Vendetta", "Strażników", "Ligi Niezwykłych Dżentelmenów"(ta może mniej udana) jak i boom na celuloidowe wersje komiksowych blockbusterów(vide "Spider-Man", "Ironman", nie wspominając o kultowym "Batmanie") wzmogły zainteresowanie szerszej publiki "bajeczkami dla dzieciaków". Zapomniałem jeszcze o mistrzowskich ekranizacjach "Sin City" i "300" Franka Millera.

Wspomniany wyżej termin "powieść graficzna" w zasadzie wyjaśnia wszystko. O ile dobrze pamiętam pierwszą wydaną(w Polsce, i mogę się mylić) nowelą komiksową był "Maus", chyba Spiegla, poza kontrowersjami które wzbudził temat komiksu(no bo jak to, komiks o Holokauście, Żydzi jako myszy, Niemcy jako koty i Polacy jako świnie) ujawnił on ogółowi czytelników mroczną prawdę:) Okazuje się, że komiks może nosić w sobie ten sam ładunek emocjonalny i fabularny co klasyczna powieść. Może zadawać te same pytania i tak samo pobudzać czytelnika do szukania na nie odpowiedzi, które tak samo jak w dobrych powieściach wcale nie znajdują się na wyciągnięcie ręki. Scenarzyści nowel graficznych tak samo jak autorzy nie wahali się stawiać swoich bohaterów w dwuznacznych moralnie i etycznie sytuacjach, jak i rozmywać granice między dobrem a złem, importować wszystkie wady współczesnego świata z jego chciwością, pędem za pieniądzem i łatwą rozrywką, co często było pomijane czy naginane w początkach komiksu(który miał służyć rozrywce, ew edukacji obywatelskiej).

26 lis 2009

Kultura, panie tego, tfu, obrazkowa... Part I

Straszność, straszna zaprawdę straszność opadła mię tej wieczornej godziny... Niedawno, w rozmowie z Solenizantem doszliśmy do wniosku, że nic już nie czytamy, że w siną dal odeszły już dni pełne godzin lektury, pochmurne popołudnia spędzane w ciasnej katedralnej czytelni, na odgadywaniu co też ten starożytny uczony i prawy mąż miał na myśli, i dlaczego do kurwy nędzy nie dorzucił w tym zdaniu czasownika(no dobra, to już tylko Solenizant, mnie do tego nie mieszajcie)?

Od czasu tej naszej rozmowy zacząłem się zastanawiać, co się zmieniło że mogę już zasnąć bez książki w ręku? Kiedyś moje wizyty w antykwariatach wybrzeża i na południu budziły popłoch pośród antykwariuszy(miejsca w których polowałem na książki były żywcem wyjęte ze "Sklepów Cynamonowych" Shultza, małe obite boazeria w kolorze mahoniu i po sufit wypełnione wszelakiego autoramentu książkami), poruszałem się w ich składzikach niczym słoń w składzie porcelany, ale musiałem zajrzeć na najwyższą półkę, przekopać każdy stosik książek, nawet jeśli były to same Harlequiny, bo a nóż, a może, a jeśli... I uwierzcie mi drodzy przyjaciele, byłem jak Johnny Deep w "Dziewiątych Wrotach"(chociaż nie zruchałem żadnej czarownicy, to w Sanoku się nie liczy, byłem pijany...), z hałd taniej książki, w księgarence połączonej ze sklepem zabawkarskim gdzieś w Pcimiu Dolnym wyławiałem przedwojenny podręcznik do języka staro-greckiego Goliasa, albo pamiętniki Cezara z pieczątką carskiego towarzystwa gimnazjalnego... Nie wspominając nawet o setkach egzemplarzy wybitnych czytadeł, które tak ubarwiły moje życie, Niziurski, Wilbur Smith, Le Carre, to tylko kilka najważniejszych nazwisk(pierwszą książkę Le Carre'go - "Ze śmiertelnego zimna", nabyłem w nowosądeckim antykwariacie, będąc w czwartej klasie liceum, za słownie, złoty pięćdziesiąt, autobus z Sącza go Grybowa jedzie około 40 minut, po tym czasie już byłem wiernym fanem prozy Brytyjczyka, rano wróciłem i wykupiłem wszystko co mieli jego autorstwa).

Wszystkie te książkowe safari an koniec dawały regały i kartony pełne książek, które choć przeklinałem przy kolejnych przeprowadzkach, jednak dzielnie taszczyłem ze sobą na kolejne życiowe "gniazda"(chociaż niektóre pewnie spoczywają gdzieś u Was, zobaczcie, może za kotarą w małym pokoju stoi karton książek z zakurzonym "Tumitakiem z podziemnych korytarzy" na wierzchu... Czasem żądza dobrej lektury popychała mnie do czynów haniebnych, W kilku bibliotekach figuruję zapewne na liście długoterminowych czytelników. Razu jednego pojechałem aż do Kartuz żeby uzupełnić brakującą pozycję w dziełach Le Carre'go(była to "Mała Doboszka", jedna z najlepszych powieści mistrza, a której własny, kupiony na jarmarku egzemplarz nieopatrznie pożyczyłem bezdomnemu, koczującemu na plaży przy barze gdzie pracowałem, bezdomny miał ksywkę "jezus"), w bibliotece w Kartuzach pewnie za nią nie tęsknią, ale jednak...

A teraz co? Co się stało ze mną, z nami, że nie czytamy już tyle i w takim tempie? Nie wiem, naprawdę, czasem przeglądam blogi o literaturze(np. Poczytalnia albo Mól Książkowy) i czytam o wrażeniach z czytania, przy okazji podziwiając listy połkniętych przez bloggerów książek. A ja? "Czy ja już nic nie łykam?", pytam siebie w takich chwilach, ależ łykam łykam, może tylko chwilowo odstawiłem ciężki bimber powieści i postanowiłem dać szansę, lżejszej acz wytrawnej, wódce kultury obrazkowej. Otóż misiaki, wujek Ernest czyta sobie komiksy. I to kurwa jakie...

23 lis 2009

Nie lubię poniedziałków

Aloha moje wierne i cycate fanki!

Nigdy nie pisałem niczego w poniedziałek, zawsze byłem albo zbyt skacowany, albo jeszcze mnie w ogóle nie było. Dzisiaj, w ramach walki ze wszystkimi schematami, postanowiłem coś do Was naskrobać.

Primo, z wiadomości parafialnych. Naprawiłem mechanizm komentarzy(ha, kuźwa, "naprawiłem", jak to dumnie brzmi, gdzieś tam kliknięte było coś tam...), można już bluzgać otwarcie, bez potrzeby logowania się do jakichś dziwnych providerów ID(chociaż polecam przyjrzenie się OpenID, to ponoć przyszłość tożsamości w sieci).

Secundo, tak byliśmy w Krakowie... Tak Kraków jeszcze stoi, tak wiem że jesteście zawiedzeni ale no cóż, jak w starym dowcipie: myśmy byli kapkę pijani a on diablo szybki... Po czym poznać że ma się już dosyć w Krakowie? To bardzo proste, kiedy gdzieś w środku pijanej nocy, twój kompan od kieliszka zaczyna błąkać się po sali i wytężonym i skoncentrowanym spojrzeniem usiłuje zahaczać każda napotkana na linii wzroku osobę, to znak że już jest blisko. Zdanie "Właśnie nawiązałem mocny i namiętny kontakt wzrokowy z tą grubą murzynką z końca sali..." stanowi doskonały argument za pójściem do domu, albo chociażby w kierunku z którego się przyszło.

Tertio, wielkie Ajem Sory dla chłopaków(i dam, przede wszystkim) z Fencing Arts, chcieliśmy jakoś się zjawić w Suchej... No cóż, następnym razem.

C.d.n.

7 lis 2009

Co tu tak kurwa jebie!?

Marazm, lenistwo totalne a w szczególności niesamowita niechęć poruszania kończynami... Tak, moi drodzy, nieupersonifikowani czytelnicy(aczkolwiek, cały czas łudzę się, że jesteście naprawdę niezłymi laskami, albo chociaż macie duże cycki). W moim mieście chujem zaciąga!

Miałem zacząć zupełnie inaczej i bardziej odnośnie treści dzisiejszego wpisu, ale buszując po sieci natrafiłem na jakiś poradnik, co to ich teraz wiele, pt. "Jak to koleżko pisze się dobrego bloga", czy jakos tak, nieważne... Otóż radzą tam żeby kazdemu artykułowi dawać interesujący i przyciągający uwage tytuł, np. zawrzeć go w formie zdania pytającego, albo dorzucić jakieś mocniejsze slowo. Pomyślałem że to dobra rada.

Niedawno także, w rozmowie telefonicznej, Seba rzucił pomysł żebym napisał coś o mojej pracy(podczas tej pogaduchy padła także konkretna data jego najazdu na południe, 20-tego listopada uderzamy na Kraków, a podejmował nas będzie najprawdopodobniej sam Krzysztof "Na dwa baty" Samborski, nie zdziwcie sie więc że historyczny i tak już urywany sygnał z Wieży Mariackiej może się trochę skrócić, ponoć kiepsko biegam ale za to świetnie rzucam, szczególnie jak mi coś nad uchem wyje). Pomyślałem że opisanie na czym tak naprawdę polega moja praca to też niezły pomysł, a jak mawiam czasem: dodaj dwa dobre pomysły, trochę cycków(góra cztery) i będziesz miał coś zajebistego z dużym biustem. Przed wami tajniki pracy Ernesta...

Poniedziałek, 8:45am, Polska, jeszcze nie B, ale już nie A.

Zza zakurzonych, uchylonych okien dużego czerwonego kombiaka, zaparkowanego przed bramą Samorządowego Przedszkola Nr. 6 w N. unosiła się gęsta chmura niebieskawego dymu, wiła się wokól anteny CB-radia i niknęła w połowie drogi do ołowianego, jesiennego nieboskłonu. W środku gruby Brodacz gasił kciukiem końcówkę papierosa w przepełnionej popielniczce, zaś Ogolony, zasiadający za kierownicą osobnik męczył się nad zagadką: jak wytrząsnąć z pudełeczka nie więcej niż dwa tik-taki.
- Gotowy? - rzucił w jego stronę Brodacz.
- Mhm - odburknął Ogolony i wysiadł, lekko trzasnąwszy drzwiami.
Podeszli do tylniej klapy wozu, Ogolony zanurzony do pasa we wnętrzu bagażnika szamotał się z wystającymi ze zwykłej sportowej torby kablami. Brodacz, stojąc obok rozglądał się na wszystkie strony.
- Chyba już wszystkie są w środku? Nie widzę żadnej matki ani babci. - przygryzał kciuk.
- Na pewno, może zaczynają już sniadanie, zaskoczymy ich. - Ogolony zarzucił na ramię czarny futerał na parcianym pasku. Sportową torbę trzymał pewnie w lewej rece.
- Tak, damy im popalić. - Brodacz pewnie chwycił uchwyty długiego czarnego pokrowca
,bardziej sarkofagu niz pokrowca. Zatrzasnął mocno klapę bagaznika.
Drzwi przedszkola ustąpiły lekko, po kilku krokach na szarym chodniku szatni pojawiły sie mokre odciski, kuchenna Krysia wbiła stalowe sztylety spojrzenia prosto w oczy Brodacza. Ten, całkowicie nieprzejęty, podniósł tylko lekko brew i rzucił hardo:
- Do Dyrekcji którędy?
Ogolony wygrzebał z kieszeni kurtki lekko pomiętą kartkę, spojrzał na nią i przeczytał:
- Pani dyrektor Anna W., przedszkole numer sześć w N.- lista zawierała jeszcze kilka pozycji, większość już oznaczonych czerwonymi stęplami.
- To ja może zaprowadzę - kuchenna Krysia wskazała mroczny korytarz, nad wejściem przybita czy też przyklejona była, wyblakła i nie na miejscu, niczym portret Stalina, podobizna Krasnala Hałabały.
Zatrzymali się pod uchylonymi drzwiami, obitymi brązowym skajem. Kuchenna wetknęła głowę do środka i połgłosem powiedziała:
- Pani dyrektor, panowie do Pani - po czym odwróciła się do brodacza i dodała - Juz, moment, pani dyrektor idzie.
- Świetnie - przecisnęło się pod wąsami grubego. Kuchenna ulotniła się. W tym samym momencie drzwi gabinetu otworzyły się na całą szerokość i stanęła w nich Dyrektorka, była nawet calkiem apetyczna, na oko pod czterdziestkę, spódniczka w panterkę i kozaki z frędzelkami, na głowie stylowa tleniona. Bluzka z czarnej żorżety opinała wydatny biust.
- Panowie do mnie? - zapytała taksując ich wzrokiem.
- Dzień dobry, firma Mag, byliśmy umówieni dzisiaj z teatrzykiem i ze zdjęciami...
- Może kawki?



Tak jest ludziska, Wujek ernest jest w tym roku gwiazdą, śmiało mogę wystepować w jednym programie z Dodą, Mandaryną i Braćmi Mroczkami, i to u Wojewódzkiego. Nasze przedstawienie bije rekordy oglądalności, co poranek pełny dywan. W pierwszym rzędzie maluchy i czterolatki, dalej starszaki i zuchy. Na krzeselkach personel przedszkolny, a zza drzwi ciekawie zerka kuchenna Krysia i przypadkowy rodzic. Rybak, rybka(pieszczotliwie zwana "Karpiu") i starucha, do tego awatary żony rybaka: królowa i szlachcianka. Narratorem jest Kapitan(trzeci od lewej, brodacz w bieli). A za kurtyną Masters of Puppets, moj kierowca i ja. Owacje na stojąco(niektóre maluchy jeszcze mają z tym problemy), łzy(z tym akurat nie mają) i salwy smiechu. Taki jest nasz teatr, takie jest zycie w przedszkolu...

Po przedstawieniu pora na zdjęcia. I tu już zaczyna się jazda bez trzymanki. Na początek zdjęcia grupowe, dwadzieściakilka czterolatków już zdążyło się rozpełznąc po sali w poszukiwaniu zabawek, których nie zdążyły jeszcze dzisiaj popsuć, ale jest na to rada... "Uwaga maluszki, a teraz wszyscy skaczemy jak piłeczki, patrzcie na pana, jak śmiesznie skacze, hop hop! A teraz wszyscy robimy słoneczka! Oj jak pięknie maluszki robią słoneczka, jeju, a teraz ptaszki, kto potrafi zrobic ptaszka? Pięęęknieeee..." Po takiej rozgrzewce wszystkie maluszki moje są. Rachu-ciachu ustawiamy trzy rzędy przedszkolaków do wspólnego zdjęcia. Trzeba się sprężać, Zuźka już płacze bo Krysztian ją ciągnie, a Jasio z pierwszego rzędu zapomniał jak to jest "usiąść po turecku", a zwrot "nóżki w kokardkę" po prostu do niego nie przemawia... A teraz uwaga... Patrzcie... Tona Herbaty leci!!!(Ptaszek już jest dawno passe jakby kto nie wiedział)

Teraz zdjęcia indywidualne, tło i lampy już rozstawione, czapka marynarska i koło sterowe czekają na pierwszego dzieciaka.Tytanic w tle, na tle. Jest ochotnik... "No koleżko, ustaw się ładnie, tak jest, głowka wyżej. Kolanko w strone okna... A teraz się uśmiechnij. Nie, no dobra nie uśmiechaj sie... NIE UŚMIECHAJ SIĘ. Ładnie. Oczka na pana. Tutaj... Patrz pterodaktyl...Następny."

W zdjęciach pojedynczych wybitnie przeszkadzają Panie Przedszkolanki... Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, i czasem te kobiety powinny mieć wytatuowane swastyki(i pewnie mają, gdzieś w jakichś ciemnych, mokrych intymnych miejscach)... "Poprawie jej tylko fryzurkę - Nie trzeba i tak będzie miała czapkę na glowię - Ale ja tylko, o tu wsuweczka taka ładna i krzywo tak - Ale nie bedzie jej widać, bo czapka... - No ale wsuwka z truskawką i tak krzywo?"
Zdjęcia przedszkolne łamią kanony fotografi chociaż aspirującej do miana artystycznej, ot np. dzieciak powinien patrzeć prosto w obiektyw, nie jest to całkiem lege artis przy żywym temacie ujęcia. No, ale Panie Przedszkolanki już dopilnują żebyś chłopie ustrzelił dziecko jak rasowy artysta. Z taktyki, to im kuźwa normalnie piątke daję. Ostatnio, jak ich było cztery tak się kobieciny rozlokowały, każda w rogu salki i dalejże: No ładnie, patrz na pana, patrz w obiektyw... Amelka, no patrz w obiektyw jak pan woła...
Noż kurwa. Moje biedne nerwy, już nie mówiąc ze pewnie dzieciak do domu nie trafił z powodu oczopląsu... Ale i ja twardy bywam: Pani z jogurtem, pani jest wychowawczynią grupy? No to pani zostaje, pani z jabłkiem i pani z bananem, wychodzimy... wychodzimy powiedziałem, zbyt głośno pani ciamka... Co?! Oj bo zdjęcie zrobię i bez retuszu wyślę... No...

Dalej już idzie z górki, do obiadu seteczka dzieciaków ma już swoje portreciki dla dziadków i reszty famili. Pora zbierać się do nastepnej placówki, może tam dadzą lepszą kawę...

20 paź 2009

Wielki powrót.

Elo, powiem prawdę, nie chciało mi się pisać przez ostatnie kilka miesięcy, ale powoli dochodzę do siebie. W drodze jest już, na przykład, kontynuacja opowieści weekendowej o naszej drogiej Pustynii, a w nocnych majakach rysuje się niewyraźny jeszcze i mackowaty cień nowej historii. Na razie, aby dodać sobie animuszu trzy razy postawiłem nowy system na kompie i wrzuciłem nową, zgrabną tapetkę. Słodka i miła to tapetka, zawsze byłem fanem drużyny Skooby'ego D. Macie tu screenszocik:


Dla tych ciekawych co tam u mnie(mam nadzieję że jesteście niezłymi lachonami), to w skrócie: wróciłem w góry, przynajmniej na jakiś czas, dalej fotografuję małe dzieci(wciąż ubrane:), obecnie wykreowałem sie na gwiazdę objazdowego teatrzyku kukiełkowego, celuję w "Bajce o rybaku i złetej rybce". Dzieciakom rączki odpadają od klaskania, a jak wiadomo nie ma rączek-nie ma ciasteczek:P

Żeby nie było że tak tylko sobie piszę aby pisać... W szafie co gra rozpocząłem wrzuty z tym(i o tym), co ostatnio wypełnia mi pożyczone słuchawki(pozdro dla Seby). Dzisiaj naprawdę smaczny klip ZZ TOP. Z wisienką.


PS. Kozio nie bądź pizdą, odezwij się skoro, jak słyszę, nie umarłeś...

10 maj 2009

Pustynia kontratakuje...

Wiem, obiecałem, ale jednak chyba jestem zbyt leniwy, każdy deadline uwiera mnie jak przyciasne gacie w kroku. No ale, słowo to słowo, nawet jeśli piszę to teraz siedząc krawedzią tyłka na łóżku które na tą zawszoną(coś mnie pogryzło po brzuchu niecnie, znalazło szeroki pole do harców i pogryzło)agroturystykę trafiło chyba prosto z planu "Włóż go przez kratę IV", i to przez dary dla powodzian... Za podkładkę pod mysz robi tom listów i komentarzy Raymonda Chandllera(i kto kurwa wie, że w marcu przypadła pięćdziesiąta rocznica jego śmierci, co??), na szafce nocnej zastepujęcej stolik pod kompa, z popioły kiepy podejmują już szturm na podłogę, a paczka Mocnych straszy nadrukiem "palenie zabija"... Dam radę... Pomyslalem jednak, że i wam i mnie dobrze zrobi mała zmiana perspektywy z której patrzymy na tą historię. Zgaście więc światło(choć i tak wiem że lubicie czytac mnie po ciemku, świntuszki) i poczujcie ten smrodek przedziału kolejowego drugiej klasy na trasie Krynica Górska-Gdynia... Leżałem sam, w ciemności przeszywanej tylko szybkimi błyskami pomarańczowych i niebieskich świateł zza okna, za szybą płynie Polska. Lubię jeździć pociagami, szczgólnie nocą i w pustym przedziale, przypomina to trochę drogę na cmentarz. W trumnie. Kładziesz się na siedzeniu, w butach, nie ma cię, niby jesteś, ale gdzie? Zapaszek, jakby cos się rozkładało. Czasem coś szarpnie, jak gdyby koleżka co na wlasnym barku twoją trumnę dźwiga przesadził z wódą na stypie, czasem hamowanie prawie zwala cię na podłogę, to pewnie jakaś staruszka wyskoczyła na pasy przed karawanem. Za cienką ścianą obitą laminatem, czasem ktoś coś zaspiewa albo zapłacze, czasem jeszcze coś. Deszcz zabębni w dach jak gródki ziemi z łopaty grabarza, a jak już jako tako ułożysz sie do snu i przymkniesz oczy... Bach, sąd ostateczny-kontrola biletów. W takiej podróży zawsze ugniatam nudę w komórce, mały telefon w paczkach po 164 znaki każda, pomaga mi sie pozbyć natłoku myśli. Esemesuję do każdego numeru w ksiązce, jak leci, nie ważne czy to Anetka, poznana około północnej godziny pod jakąś knajpą, co do której(i knajpy i Anetki)mam raczej pewność, że nigdy się nie spotkamy, czy też była koleżanka z roku, bacznie obserwowana przezemnie od dwócz lat, przy czym moja nią fascynacja rosła z miesiąca na miesiąc. Piszę do każdego i pytam o wszystko, jak leci, co porabia, i co tam u teściów. Czasem ktoś nawet odpisze, ja też odpowiadam i tak jakoś przez kilka godzin się to kręci, potem przychodzi czwarta rano albo kończy się kredyt. Podróż którą opisuję miała miejsce już chyba z rok albo dwa po tym jak poznałem Pustynię. Przez ten czas zdążyłem ja poznać calkiem dobrze, a przynajmniej tak mi się zadawało. Po tamtych wakacjach nadszedł wrzesień a z nim wizyta pewnej szczególnej dla mnie osoby, następnie październik. Po wygranej kampani wrześniowej( po jakiś wpis dzwoniłem nawet na polskie stanowisko archeologiczne gdzieś w Turcji albo innym Pakistanie) znowu mogłem zamieszkać w akademiku. Tak, tamtej jesieni Bóg nie kochal portierek. Brać studencka w październiku robi to co umie najlepiej. Nie, dzierganie makatek jest dopiero na drugim miejscu. Chlałem i ja, miałem też sporo radochyz przyszłych-niedoszłych współlokatorów. Wylegujesz sobie spokojnie kaca przed kolejną wieczorna parapetówką, a toto wchodzi jak do siebie, ciska walizkę czy plecak na wyro i mówi "cześć, będziemy razem mieszkać". He he. Nieobeznanym świerzakom z pierwszego roku udawało się dojść nawet do "razem", po czym szybki rzut oka na pokój przywracał ich do rzeczywistości i wycofywali się po cichu, stary wiarus akademikowy tylko otwierał drzwi, spostrzegał mnie, zamiast powitalnej frazy rzucał krótkie "o kurwa!" i leciał w dydry do kierowniczki po innym przydział zanim braknie miejsc. Takie to miałem w owych czasach uciechy i zabawy. Po kilku tygodniach, kiedy nie spożywa się juz tyle, że jedynym miejsce dokąd można dojść jest klub w podziemiach domu studenckiego nastapiła faza "wyjść na miasto"...

28 mar 2009

Wpis Ajem Sory

Aloha!
Wybaczcie że tak nic nie piszę. Naprawdę to nie jest moja wina. Tak, a czyja? - zapytacie, no cóż, jest wiele możliwości, naprawdę sporo. Na ten przykład, każda z ośmiu Bułgarek, z którymi przyszło mi nocować przez ostatnie dwa tygodnie pod jednym dachem zabiedzonego moteliku w Poniatowie, mogłaby stanowić osobny ważny i krągły powód do niepisania. To samo tyczy się sympatycznych dżentelmenów także bułgarskiej narodowości, mieniących się ich opiekunami, to też mógłby być wysokoprocentowy i przejrzysty powód. Przy takich causis, cóż znaczy jakiś tam brak weny... Ale nie desperujcie, ma się ku lepszemu, może nawet kryzys się kończy... I tu znów możecie wezwać mnie do tablicy i zapytać skąd takie wiadomości. Ha! widać że nie dane wam było mieszkać nigdy w Grybowie.

Widzicie, w moim miasteczku, oprócz sporej grupy porządnych obywateli(spokojnie, spokojnie, każdy z nich ma jakieś zwłoki pod dywanem), mamy także cały gabinet osobliwości bez których nie mogłaby się obejść szanująca się beskidzka, ale i zapewne światowa parotysięczna mikropolia. Mamy i bezdomnych(niektórych jednak tylko sezonowo, wszak poczekalnię na stacji PKP zamieniono na sklep z panelami), i dziadków puszkarzy(ostatnio, co smutne, w ramach walki z kryzysem przekwalifikowali się na śmiecio-nurków), i żulów zwykłych, i niezwykłych. Dalej, mamy też krzykliwe staruszki, moherowy legion dewotek(to grupa silnie zaznaczająca swoja obecność w tego typu miasteczkach), i dziadków z targowiska(to akurat element charakterystyczny dla miasteczek poniżej 10 tysięcy mieszkańców), są też i tzw. cichodajki, i zwykłe ladacznice, a nawet mamy, chociaż jedną(czy jednego), ale za to najprawdziwszą Drag Queen. Słowem miasto na światowym poziomie, od razu widać że u nas, panie, to Europa pełną gębą. Mamy też pewien sekret, który w ciężkich czasach pozwala na planowanie i zabezpieczenie się od różnych nieprzewidzianych wydarzeń czy to na skalę lokalną, powiatową czy nawet cywilizacyjną. Sekretem tym jest człowiek, człowiek wielki chociaż małej postury. Jak każdy tytan, nosi niepowtarzalne i wieloznaczne imię. To Japońcyk.

Rzym miał swoje gęsi, amerykanie mają swoich forecasterów, ponoć w czasie zimnej wojny Rosjanie prowadzili intensywne badania nad prekognicją, a Polska(a przede wszystkim Grybów) ma swojskiego, przaśnego i cuchnącego przetrawionym zacierem Japońcyka. Nie wiem skąd ta ksywka, kiedy byłem dziecięciem jeszcze, chodziło się na sanki na górę na której znajdowały się jego zagony i łąka, tamże często ganiał nas na rozchwianych nogach i ubliżał, zapewne obelżywie, ale nikt nie pamięta na pewno bo mieliśmy od pięciu do ośmiu lat. Góra nazywała się Japońcyk i Japońcyk zwał się Japońcykiem, kto od czego pierwszy zaczerpnął nazwę to już nawet IPN by nie doszedł. Ja jednak skłaniam się ku opcji, że to mąż zapożyczył imię od stoku i jak życie każdego człowieka którego imię pochodzi od rzeczy wielkiej i niebanalnej tak i życie Japońcyka było niepoślednie, i bolało dużo bardziej niż żywot zwykłego grybowskiego szaraka, takiego co to mu żona zbrzydła po trzeciej ciąży, w robocie mało płacą i jeszcze po piwie z lokalnego browaru sraczka tydzień trzyma. W związku z czym musiał się znieczulać odpowiednio większą dawką. I chyba właśnie po wielu latach takiego znieczulonego życia dostał ten dar, a może był taki od samego początku, outsider, samotnik, wiedzący więcej niż inni i bolejący nad tym co ma stać się z tym najlepszym z możliwych światów... Kto to wie? Ważne jest tylko jedno - instynkt. Japońcyka widziałem trzeźwego tylko trzy razy(no może cztery), imponujące zważywszy że do dziewiętnastego roku życia mieszkałem w Grybowie.

Pierwszy raz, to rok 1997, lato, kilka dni przed wielka powodzią, w której dostało się kilku większym polskim miastom(w tym chyba najbardziej Wrocławowi) a i u nas w okolicy niejedna strzecha spłynęła rzeką. Kolejny raz zobaczyłem go gorejącego kacem(którego zwykle nawet nie dopuszcza do siebie prewencyjnie klinując już nad ranem), na kilka dni przed moim wyjazdem na egzaminy wstępne na Uniwersytet Gdański. siedział na ławeczce przy drodze na stację i tępo gapił się w siną dal(a dokładnie, w stronę wsi Biała Niżna, ale to to samo). W pociągu, chyba zaraz za Warszawą, jakiś młodociany koleżka wpadł do przedziału radośnie informując że, "powódź zalała Gdańsk i chyba tam nie dojedziemy", kilka godzin później łapałem stopa, po kostki w wodzie, kilkanaście kroków od autobusu, który zepsuł się w połowie obwodnicy Trójmiasto-Tczew. Na egzaminy zdążyłem, ale nie zdałem. Od tego czasu uważniej zacząłem przyglądać się Japońcykowi, okazja nie dała na siebie długo czekać. Niedługo po wydarzeniach gdańskich, jakoś tak na początku września zobaczyłem jak Japońcyk, trzeźwy jak niemowlę wychodzi z kościoła i zmierza w kierunku domu. O kruca fuks! - pomyślałem i spojrzałem w górę aby sprawdzić czy niebo nie spada nam na głowy. Nie spadało, ale czułem że coś jednak jest na rzeczy. Kiedy wróciłem do domu, ojciec zawołał mnie przed telewizor, w którym właśnie jakiś rozhisteryzowany dziennikarz wykrzykiwał słowo "Osama" a w tle płonęły jakieś dwa wysokie budynki. Był 11 września 2001-go roku. Nikt mi nie powie że to zbieg okoliczności.

Chodzą słuchy że ktoś widział Japońcyka trzeźwego na dwa dni przed tym jak kolega nasz Adaś, zamordował, poćwiartował i ugotował(sic!) swoją macochę, nie było mnie jednak wtedy w miasteczku, więc nie mogę potwierdzić. Jeszcze mój wujek wspominał kiedyś przy weselnej wódce jak to widział Japońca na kacu w 1989 i 1991 przy zmianie systemu. Są rzeczy w moim mieście, które się nie śniły waszym filozofom... A piszę o tym dlatego, iż pomimo mediów trąbiących o kryzysie nawet w "Kawie czy Herbacie", pomimo paniki na rynkach światowych i spadającego WIG-20, wczoraj widziałem Japońcyka. W pierwszych promieniach wiosennego słońca siedział na ławce przy sklepie, zalany na wesoło i wyśpiewywał do przechodzących, obarczonych zakupami kobiecin sprośne piosenki ludowe. Będzie dobrze.

Ogłoszenia parafialne:

Obiecuje skończyć poczęte już wpisy do końca tygodnia, czyli w następny weekend możecie oczekiwać co najmniej dwóch tekstów.

Postanowiliśmy z Koziem nadać Podcast(czy jak kto woli Skypecast), według planu ma być o kobietach, może nawet o Rudych. Powinien być dostępny już jutro pod wieczór.

Amen

ps. Kozio, mam coś dla Ciebie...

Byłem w Rudej, i to dwa razy...


8 mar 2009

Poległym w walce z kryzysem.

Witajcie po przydługiej przerwie, tak to bywa, z uwagi na życie, wszechświat i całą resztę, trochę kurzu zaległo na klawiaturze. Jednakże, w ramach zadośćuczynienia mam dla was coś miłego. Sami wiecie jak wygląda teraz nasza rzeczywistość, masakra. Kuźwa gdzie się człowiek nie obróci tam kryzys, aż się boję zaglądać w gacie. Dookoła otaczają mnie ofiary franka, zrobieni w euro i zawiedzione pary, którym nie udało się dostać biletów na "Kochaj i tańcz"(serio, właśnie wróciłem z kina w Nowym Sączu, wyjazd w z łapanki, kumpel zgarnął mnie z kolejki w markecie, z serem bryndzą w ręce, wstępny zamysł był taki żeby udać się właśnie na ten film ale na szczęście zabrakło biletów, wokół nas, przy kasie, odbywały się dantejskie sceny, myślę że co najmniej kilka związków przeżyło poważny kryzys, a w jednym stwierdziłem rozpad). Ogólnie - dobijająca chujnia. Człowiek nawet stara się utrzymać optymizm, podkręca wąs i brodę do panien na przystanku, z uśmiechem przyjmuje rozmarzone spojrzenia podstarzałych kasjerek w sklepie na osiedlu, nawet nie rzucam już kamieniami w akwizytorów(chociaż ten cały kryzys to jest kurwa ich wina), chodzą tacy smutni, nosy na kwintę, nie mają komu wcisnąć tego swojego badziewia(...weź pan, panie te pasty/płyty/fundusze, nie widzisz że kurna kryzys!). I na dodatek jeszcze wiosna zrobiła nas w jajo, a już było tak pięknie, już witałem się z gąską, już w wyobraźni przywoływałem pejzaże przetykane gęsto szerokimi dekoltami i krótkimi spódniczkami. A tu przyroda odpowiedziała nam starogreckim przysłowiem "dupa, dupa, dupa". No ale nic to, jak mówi nam pierwsza zasada nictoizmu. Mam coś dla Was(...tak Was, Was), ostatnio wygrałem nierówna walkę z linuksem i udało mi się zainstalować plugin flash, żeby korzystać z YouTube(wiem co myślicie, ale nie nie nie, porno ściągam z Tube8.com) i od tego czasu mogę już swobodnie buszować w tym ósmym cudzie świata w poszukiwaniu różnych starych kawałków, których tak nie znosicie, kiedy puszczam je na posiadówach. I tak dzisiaj na ten przykład, szukając coś z Marylą R. w tle, natknąłem sie na uniwersalne lekarstwo na męski szczep kryzysu. przed Wami Niemampojęciakto, ale są zajebiste!!!


Tak, taaaaak....chcę żeby jedna z nich wyszła za mnie za mąż(albo, lepiej żeby obie wyszły). Dziewczęta, jeśli to czytacie, o nic się nie martwcie, jestem posażnym właścicielem kawałka góry w beskidzie sądeckim, z poważnym widokiem na prawo jazdy i samochód(taki do dwóch tysięcy), pojedziemy sobie tam, gdzie monogamia nie jest trendy. Kiedy ogladam ich klipy to czuję się jakbym znów mieszkał w akademiku na pierwszym roku. Tego mi brakuje w życiu. Nic już więcej nie napiszę, dorzucę tylko spisaną z pamięci rozmowe z naszym kochanym i dającym tyle radości Koziem:

(ja): ...ty, no zajebiste są, nie?
(kozio): ...nooo, ale skąd one są?
(ja): Nie wiem, ale można by poszukać...
(kozio): No to szukajmy...
(ja): Ale, wiesz KozioU, że jakby co to ja biorę wyższą...
(kozio): ...eee...to może...szukajmy, każdy na własną rękę!

Amen

a teraz ogłoszenia parafialne:
  1. nie wiem kiedy dokończę wpis o pustyni, dziewczynina studiuje filologię klasyczną, w związku z czym czuję się jakbym posłał własne dziecko na studia(ale jak będzie syczeć na mnie jak ostatnio to złoję pupę)
  2. dzięki za komentarze(tych offline było więcej), każdy biuściasty lachon(nawet jak ryczy) zostanie wysłuchany a jego prośby włączone do planów(dziewczęta jak patrzę na wasze opięte bluzki to nie wierzę w cały ten kryzys - oj już Wy wiecie kto!), cieszę się że poprawiam Wam humor z rana
  3. pomimo wszystko: KozioU, nie bądź pizdą, rwij Rudą
  4. wizyta duszpasterska odbędzie się w okolicy wielkanocy, koperta albo laska - wybór należy do Ciebie

22 sty 2009

Wpis Weekendowy Part Łan

Sceneria: dawne województwo łódzkie, zapuszczona wiocha na lewym brzegu sztucznego zbiornika wodnego o wiele mówiącej nazwie Jeziorsko. Równie zapuszczona agroturystyka, która z prawdziwym tego typu obiektem wspólną ma tylko tabliczkę na kolorowym ogrodzeniu(chociaż w ogóle jak można tu użyć słowa "prawdziwe", co to kurwa ma być ta agroturystyka? zabawa w rolników? inscenizacja chłopów Reymonta , poruchajmy się w stogu siana a potem nakarmimy kozę i króliki? Bezsens. Szczury wymyśliły to dla szczurów, pieprzeni akwizytorzy, obywatele wysp-stref specjalnych ze szkła i stali, które to obiekty bez trudu znajdziecie w każdym większym mieście, goście od wymyślania potrzeb pod które póżniej będą mogli stworzyć usługi. Niektórym się nie powiodło, wypadli z tak czczonego przez swoją klasę kieratu i musieli wrócić do wypizdowa górnego, skąd wyrwali się krwawicą swoich rodzicieli, dumnych z faktu ze syn, panie to do miasta na uniwersytety poszedł, i właśnie ci którym się powinęła noga wymyślili agroturystyki, bo im się nie chciało w polu zapieprzać, to dalej zakładać agrowczasy, żeby inne szczury mogły poczuć dawno zapomniany ale przecież jednak tak znajomy zapach obornika za stodołą). Po tej chwili zadumy nad polską przedśiębiorczością wiejską pora wrócić do naszego opisu scenerii, mamy już "agroośrodek", zabłocone podwórko, żólto-czerwone maszyny rolnicze rdzewieją przed budynkiem gospodarczym. Dalej: dom z charakterystycznych białych pustaków czy czego tam, pierwsze piętro, na korytarzu kuchenka z butlą gazową, na lewo pokój. Na ścianach, od prawej: fototapeta(obowiązkowe góry, sosny, świerki, potok), żeliwny zlew z plastykową imitacja terakoty maskująca kucia do baterii, dalej balkon przysłonięty storami w brązowe tulipany i firankami pranymi "...regularnie co dwa miesiące panie, bo te papierochy...". Następna ściana: równie wielki jak obrzydliwy obraz chyba matki boskiej z chyba dzieciątkiem i na pewno gołębiami i liliami, w plastikowej udającej złotą ramie, grubszej niż mój biceps. Pod ścianami dwa kredensy i regał, zrobione z płyty pilśniowej obitej laminatem a la Maybach, na pólkach leżą(nie stoją) książki w szarych płociennych oprawach: "Historia II Wojny Światowej" tomy 1-12, "Zarys geografii politycznej", tomy 1 i 3 "Wielkiej koalicji"(na boku jednego z nich ktoś nabazgrał imię-symbol epoki, Urban, bazgroł można animować szybko przerzucając strony), a także kilkanaście innych książek do których nie mam ochoty zaglądać podobnie chyba jak i domownicy. Na kredensie telewizor(wiem pasowałby rubin ale jest Philips przywieziony zapewne z saksów) i lampka nocna z włóczkowym abażurem, a jest i kilka fidrygałek z fioletowego szkła, obowiązkowy łabędź i kotek na szydełkowanej serweteczce. Na koniec sztuczne kwiaty zwisające z doniczki na łańcuchu zwisającej z sufitu w kącie pokoju. Powiedzcie sami, w takim pomieszczeniu nie jedno może się zdarzyć, myśli same napływają do głowy kiedy człowiek leżąc na miękkiej sprężynowej wersalce(bardziej wpasowałaby się w klimat, gdyby poskrzypywała) szykuje się do snu. Aaa, czy dodałem że kolesie z elektrowni wodnej kilka dni temu podnieśli wszystkie śluzy i kompletnie osuszyli Jeziorsko? Tak że, teraz patrząc przez okno mam piękny widok na betonowy płotek i kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych częściowo zasypanej śniegiem, zamarzniętej błotnej pustyni. I teraz, otoczony takimi właśnie dekoracjami leżę sobie i myślę...


Pustynia...pustynia...znaliście kiedyś jakąś pustynię? Ja znam, i to od całkiem dawna. Pierwsze moje wspomnienia o Pustyni datują się gdzieś na jesień 2004 roku. Latem pracowałem u Czachy, w dobrze, na owe czasy, prosperującej firmie ociepleniowej, roboty było zatrzęsienie a doba miała jak zawsze tylko dwadzieścia cztery króciuteńkie godziny. Mieszkałem w akademiku, który na lipiec i sierpień zamienia się w dosyć puste i przygnębiające miejsce zaludnione tylko przez uprzywilejowane niedobitki braci studenckiej, turystów których nie przeraża zdzierstwo UG i jakieś lekko zawiane i zdezorientowane ekipy robotnicze. Pracowałem od poniedziałku do soboty, od rana do wieczora i nie było lekko( do historii prac wysokościowych przeszedł moment kiedy Obcy, majster naszej ekipy, zawiesił na rusztowaniu tabliczkę: wytrzymałość 150kg=Ernest+wiadro giby), nie byłem też prawdę mówiąc najlepszym pracownikiem, za to nadrabiałem to zgraniem z ekipą(no bo kto inny wychyli z Biołym, wtedy początkującym alkoholikiem, browar na kaca zaraz przed wejściem na dwudziestometrowe rusztowanie). W soboty kończyliśmy pracę wcześniej, w okolicach godziny szesnastej i zaczynał się krotki ale intensywny Łykięd(wymowa oryginalna). Szybki prysznic w akademcu, całus przesłany portierce już w drzwiach, tramwaj i Underground. Uczcijmy teraz minutą ciszy i podwójnym trzykropkiem pamięć tego świetnego lokalu... ... .


Dobra. To było zajebiste miejsce. Browar w litrowych kuflach(naturalnie Specjal), klatki(lekko przyciasne, zawsze obcierały mi koszulkę) i małolaty, dużo małolat. Dla steranego studencko-robotniczym tygodniem, zblazowanego bywalca lokali trójmiejskich to był raj. Eden rozłożył nogi, a ja wszedłem. Nie wiem kim byli ludzie z którymi wtedy imprezowałem, nie mam najmniejszego pojęcia jak imiona nosiły barmanki, które później spotykałem w drodze na kolejkę czy uniwerek. Nigdy tego już się nie dowiem, nawet jeśli przypadkiem minę je w tramwaju czy autobusie. To była wielka i piękna karuzela, laski-browar-laski-laski-browar-laski-tramwaj-wyro(opcjonalnie plaża),czasami kawałek z tramwajem jakoś wypadał mi z pamięci. Tak przebimbałem dwa cudowne letnie miesiące. A, i zapomniałem jeszcze o wizycie kuzyna z południa, kiedy to obaj byliśmy świadkami na uroczystej ceremonii zaręczyn bliżej nam nieznanej parki, wydarzenie to miało około czwartej nad ranem, pod fontanna Neptuna na Długiej. W ulewnym deszczu i pomarańczowym świetle lamp sodowych jakiś koleżka wyznawał wieczną miłość wybrance swego zalanego w trzy dupy serca i prosił ją o rękę klęcząc na mojej kurtce a kuzyn to wszystko fotografował. No ale zagalopowałem się troszeczkę we wspominkach. Pewnie czekacie aż zacznę o Pustyni, wstęp ten był jednak konieczny, gdyż właśnie w Underze poznałem tą dziewczynę. Na imię miała ładnie(tak tak, nie od początku była Pustynią), nie powiem jak, kto zgadnie to wygrywa termos. Nie wyróżniała się zbyt ostro ani na tle tych pięknych młodocianych dziewcząt w arafatkach, sztruksowych czerwonych dzwonach i włóczkowych berecikach(duchowe potomstwo dzieci kwiatów - kinderhipisi), ani też nie zakłócała harmonii stylu równie pięknych, a mrocznych i tajemniczych valkirii mocno umalowanych czarną kredka, snujących się po co ciemniejszych kątach lokalu. Ciemne proste włosy, jasna(ale nie blada) piegowata cera, lekko przylizany do góry nosek, i ciemnoniebieska bluza z suwakiem(suwak suwak suwak). Wpadła mi w oko chyba nawet nie sama Pustynia ale jedna z jej koleżanek, ktorych grupa krążyła po sali w poszukiwaniu miejsc siedzących. Reszta rytuału zawarcia tej znajomości tonie w mrokach Undera i dekalitrach(sic!) piwa Specjal. Na kolejnej imprezie znaliśmy się już. Wiecie chyba jak to jest, tacy klubowi znajomi to czasem wybawienie. Idziesz na na tańce, do miasta, dziad umyty, niektórzy się nawet golą, najlepsza czarna bluza na grzebiecie, z kołnierzem, drobne na taksówkę w tylniej kieszeni żebyś czasem w zamroczeniu nie przepił drogi powrotnej(a i tak budziłeś się w tramwaju, który robił już drugie okrążenie Gdańsk Główny-Jelitkowo-Stogi, często już z un bilet doux od kontrolerow MZK), no nieważne, idziesz na tańce a tu dupa zbita jak mawiali chłopcy z budowy. Wszystkie panny zajęte, poprawka wszystkie interesujące panny zajete, nie po to wychodzisz przecież na miasto zeby oblegać jakies, no nazwijmy to tragicznie piękne dziewczeta. Zawsze jest nadzieja, idziesz do baru, i po nadziei, kurwa barman. I wtedy właśnie, klubowe znajome pojawiają się żeby ratować kawalera w opresji. Jest już do kogo pomachać, mrugnąć i nawet się przysiąść, już jesteś w grupie. Nie jesteś kolejnym koleżką- outsiderem, przytulonym do kontuaru i łykającym czwarte już litrowe piwo, a piwo w samotności barowej jest dobre, mówi: wypij mnie...jestem dobre... Ale nie, ty już jesteś zintegrowany, w pewneym momencie tak dalece zintegrowany że aż interesujący. Bo facet w grupie to już jest ktoś, jest częścią stada, a to oznacza ze potrafi wspóldziałać, że nie jest jakimś socjopatą i nie przegryzie ci gardła w ciemnej bramie za rogiem, że może nawet potrafi się wysłowić, ba, może nawet interesująco gada, w końcu ktoś go tam słucha w tym stadku, gdzieś ma korzenie, nie jest jakimś robotnikiem z poza miasta co z dziczy wyszedł się zabawić, chociaż skórę ma twardą na dłoni kiedy prosi cię do tańca. Tak to już jest, lepiej trzymać się kupy. Podobnie przedstawiał się właśnie kolejny weekend, stałem przy barze i czekałem na jakieś znajome twarze. Liczyłem po cichu że pojawi się pewna dama, która chyba tydzień wczesniej uwiodła mnie zwyczajnie zapalając papierosa, serio, przypomnijcie sobie te wszystkie czarnobiałe femme fatalle z filmów noir, te zdemoralizowane córki kalekich generałów i potentatów prasowych z powieści Channdlera, w tych dziełach zawsze jest choćby jedna scena zapalania papierosa i jest równie erotyczna co pierwszy pocalunek z koleżanką z klasy na szkolnej wycieczce. Tak było i wtedy, nie będę się rozpisywał bo to temat na zupełnie inna historię, dodam tylko że jeszcze tylko raz w życiu spotkałem kobiete o tak miekkich ustach, niestety nie paliła. Oczywiście została moja dziewczyną. Wróćmy jednak do owej, drugiej w znajomości z piekną Pustynia i przyległościami, soboty w Undergroundzie. Pozycja przy barze nie była zbyt przemyślana strategicznie, mieścił się on wtedy w podziemiu klubu i nie było możliwości obserwacji przybywających. Z zapasem piwa przenioslem się więc na górny poziom, chyba nawet na antresolę, gdzie mialem lepsze warunki do inwigilacji i wejścia i parkietu.



Part Tu dostępna tutaj

16 sty 2009

KozioU

Elo elo!!
Witojcie, wrzucę dzisiaj mały ochłap dla kozła, jak juz wiecie molestował mnie pomysłem na fotokomiks...i cóż, wiemy ze nasz kozio na drugie ma człowiek pointa. Dlatego też zacząłem już coś mataczyć w tym kierunku. Oto przed Wami, pierwszy kadr z nowego komiksu "kozioU", roboczy podtytuł to: Ława, lachony i giwery. Endżoj!


12 sty 2009

Ernest: reaktywacja!

Ha! Witajcie moi wierni i niecierpliwi fani(a także, a może przede wszystkim pobudzone, mokre i rozognione fanki). Wasz oddany Wujek Ernest, wykfalifikowany kulturalno-oświatowy, mistrz ostrej riposty i ciętej minety wraca! Może nie w wielkim stylu, bez fanfar, kotlów talerzy, i całego tego rubikowego klaskania, ale za to czuje że jest w formie. Wracam po krotkim acz owocnym romansie z Web2.0 i jej już nie tak niezgłębionymi tajemnicami. Mały flircik z ciekawymi programami graficznymi online, linuksowymi środowiskami graficznymi i aplikacjami do synchronizacji tego z owym, ten flircik mam już za sobą. Skończyły się sniadania do łóżeczka, szybkie poruchy na pralce i wielogodzinne grzebanie za linkami do odnośników do aneksów. Koniec! Żadnych już portali socjalnych, dysków sieciowych i eksperymentalnych komunikatorów! No, może lekko tu przesadzam z tymi wykrzyknikami, chcę tylko powiedzieć ze nie zamierzam już więcej eksperymentować z wachlarzem opcji serwowanych przez internet(chociaż gdzieś, na jakimś sieciowym dropboxie spoczywa rozpoczety projekcik plakaciku dla Hani). Włączylem, surfowałem, wybrałem. Nie będzie już częstych zmian adresów sieciowych, jak to bywało drzewiej kiedy pisałem najezone wulgaryzmami i pełne wrogiej wszechdziewictwu atmosfery napastliwe posty, które teraz zapewne toną wraz z adresami tamtych blogów w Głębokiej Sieci(swoją drogą ciekawe zjawisko). Dosyć! Ad rem zatem, wracam do formy. Krótkiej, szybkiej jak przedwczesny wytrysk i mocnej niczym lewa śliwowica z okolic mojego rodzinnego Grybowa. Życie, śmierć i seks po ciemku bez zabezpieczenia wzywają!