7 lis 2009

Co tu tak kurwa jebie!?

Marazm, lenistwo totalne a w szczególności niesamowita niechęć poruszania kończynami... Tak, moi drodzy, nieupersonifikowani czytelnicy(aczkolwiek, cały czas łudzę się, że jesteście naprawdę niezłymi laskami, albo chociaż macie duże cycki). W moim mieście chujem zaciąga!

Miałem zacząć zupełnie inaczej i bardziej odnośnie treści dzisiejszego wpisu, ale buszując po sieci natrafiłem na jakiś poradnik, co to ich teraz wiele, pt. "Jak to koleżko pisze się dobrego bloga", czy jakos tak, nieważne... Otóż radzą tam żeby kazdemu artykułowi dawać interesujący i przyciągający uwage tytuł, np. zawrzeć go w formie zdania pytającego, albo dorzucić jakieś mocniejsze slowo. Pomyślałem że to dobra rada.

Niedawno także, w rozmowie telefonicznej, Seba rzucił pomysł żebym napisał coś o mojej pracy(podczas tej pogaduchy padła także konkretna data jego najazdu na południe, 20-tego listopada uderzamy na Kraków, a podejmował nas będzie najprawdopodobniej sam Krzysztof "Na dwa baty" Samborski, nie zdziwcie sie więc że historyczny i tak już urywany sygnał z Wieży Mariackiej może się trochę skrócić, ponoć kiepsko biegam ale za to świetnie rzucam, szczególnie jak mi coś nad uchem wyje). Pomyślałem że opisanie na czym tak naprawdę polega moja praca to też niezły pomysł, a jak mawiam czasem: dodaj dwa dobre pomysły, trochę cycków(góra cztery) i będziesz miał coś zajebistego z dużym biustem. Przed wami tajniki pracy Ernesta...

Poniedziałek, 8:45am, Polska, jeszcze nie B, ale już nie A.

Zza zakurzonych, uchylonych okien dużego czerwonego kombiaka, zaparkowanego przed bramą Samorządowego Przedszkola Nr. 6 w N. unosiła się gęsta chmura niebieskawego dymu, wiła się wokól anteny CB-radia i niknęła w połowie drogi do ołowianego, jesiennego nieboskłonu. W środku gruby Brodacz gasił kciukiem końcówkę papierosa w przepełnionej popielniczce, zaś Ogolony, zasiadający za kierownicą osobnik męczył się nad zagadką: jak wytrząsnąć z pudełeczka nie więcej niż dwa tik-taki.
- Gotowy? - rzucił w jego stronę Brodacz.
- Mhm - odburknął Ogolony i wysiadł, lekko trzasnąwszy drzwiami.
Podeszli do tylniej klapy wozu, Ogolony zanurzony do pasa we wnętrzu bagażnika szamotał się z wystającymi ze zwykłej sportowej torby kablami. Brodacz, stojąc obok rozglądał się na wszystkie strony.
- Chyba już wszystkie są w środku? Nie widzę żadnej matki ani babci. - przygryzał kciuk.
- Na pewno, może zaczynają już sniadanie, zaskoczymy ich. - Ogolony zarzucił na ramię czarny futerał na parcianym pasku. Sportową torbę trzymał pewnie w lewej rece.
- Tak, damy im popalić. - Brodacz pewnie chwycił uchwyty długiego czarnego pokrowca
,bardziej sarkofagu niz pokrowca. Zatrzasnął mocno klapę bagaznika.
Drzwi przedszkola ustąpiły lekko, po kilku krokach na szarym chodniku szatni pojawiły sie mokre odciski, kuchenna Krysia wbiła stalowe sztylety spojrzenia prosto w oczy Brodacza. Ten, całkowicie nieprzejęty, podniósł tylko lekko brew i rzucił hardo:
- Do Dyrekcji którędy?
Ogolony wygrzebał z kieszeni kurtki lekko pomiętą kartkę, spojrzał na nią i przeczytał:
- Pani dyrektor Anna W., przedszkole numer sześć w N.- lista zawierała jeszcze kilka pozycji, większość już oznaczonych czerwonymi stęplami.
- To ja może zaprowadzę - kuchenna Krysia wskazała mroczny korytarz, nad wejściem przybita czy też przyklejona była, wyblakła i nie na miejscu, niczym portret Stalina, podobizna Krasnala Hałabały.
Zatrzymali się pod uchylonymi drzwiami, obitymi brązowym skajem. Kuchenna wetknęła głowę do środka i połgłosem powiedziała:
- Pani dyrektor, panowie do Pani - po czym odwróciła się do brodacza i dodała - Juz, moment, pani dyrektor idzie.
- Świetnie - przecisnęło się pod wąsami grubego. Kuchenna ulotniła się. W tym samym momencie drzwi gabinetu otworzyły się na całą szerokość i stanęła w nich Dyrektorka, była nawet calkiem apetyczna, na oko pod czterdziestkę, spódniczka w panterkę i kozaki z frędzelkami, na głowie stylowa tleniona. Bluzka z czarnej żorżety opinała wydatny biust.
- Panowie do mnie? - zapytała taksując ich wzrokiem.
- Dzień dobry, firma Mag, byliśmy umówieni dzisiaj z teatrzykiem i ze zdjęciami...
- Może kawki?



Tak jest ludziska, Wujek ernest jest w tym roku gwiazdą, śmiało mogę wystepować w jednym programie z Dodą, Mandaryną i Braćmi Mroczkami, i to u Wojewódzkiego. Nasze przedstawienie bije rekordy oglądalności, co poranek pełny dywan. W pierwszym rzędzie maluchy i czterolatki, dalej starszaki i zuchy. Na krzeselkach personel przedszkolny, a zza drzwi ciekawie zerka kuchenna Krysia i przypadkowy rodzic. Rybak, rybka(pieszczotliwie zwana "Karpiu") i starucha, do tego awatary żony rybaka: królowa i szlachcianka. Narratorem jest Kapitan(trzeci od lewej, brodacz w bieli). A za kurtyną Masters of Puppets, moj kierowca i ja. Owacje na stojąco(niektóre maluchy jeszcze mają z tym problemy), łzy(z tym akurat nie mają) i salwy smiechu. Taki jest nasz teatr, takie jest zycie w przedszkolu...

Po przedstawieniu pora na zdjęcia. I tu już zaczyna się jazda bez trzymanki. Na początek zdjęcia grupowe, dwadzieściakilka czterolatków już zdążyło się rozpełznąc po sali w poszukiwaniu zabawek, których nie zdążyły jeszcze dzisiaj popsuć, ale jest na to rada... "Uwaga maluszki, a teraz wszyscy skaczemy jak piłeczki, patrzcie na pana, jak śmiesznie skacze, hop hop! A teraz wszyscy robimy słoneczka! Oj jak pięknie maluszki robią słoneczka, jeju, a teraz ptaszki, kto potrafi zrobic ptaszka? Pięęęknieeee..." Po takiej rozgrzewce wszystkie maluszki moje są. Rachu-ciachu ustawiamy trzy rzędy przedszkolaków do wspólnego zdjęcia. Trzeba się sprężać, Zuźka już płacze bo Krysztian ją ciągnie, a Jasio z pierwszego rzędu zapomniał jak to jest "usiąść po turecku", a zwrot "nóżki w kokardkę" po prostu do niego nie przemawia... A teraz uwaga... Patrzcie... Tona Herbaty leci!!!(Ptaszek już jest dawno passe jakby kto nie wiedział)

Teraz zdjęcia indywidualne, tło i lampy już rozstawione, czapka marynarska i koło sterowe czekają na pierwszego dzieciaka.Tytanic w tle, na tle. Jest ochotnik... "No koleżko, ustaw się ładnie, tak jest, głowka wyżej. Kolanko w strone okna... A teraz się uśmiechnij. Nie, no dobra nie uśmiechaj sie... NIE UŚMIECHAJ SIĘ. Ładnie. Oczka na pana. Tutaj... Patrz pterodaktyl...Następny."

W zdjęciach pojedynczych wybitnie przeszkadzają Panie Przedszkolanki... Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, i czasem te kobiety powinny mieć wytatuowane swastyki(i pewnie mają, gdzieś w jakichś ciemnych, mokrych intymnych miejscach)... "Poprawie jej tylko fryzurkę - Nie trzeba i tak będzie miała czapkę na glowię - Ale ja tylko, o tu wsuweczka taka ładna i krzywo tak - Ale nie bedzie jej widać, bo czapka... - No ale wsuwka z truskawką i tak krzywo?"
Zdjęcia przedszkolne łamią kanony fotografi chociaż aspirującej do miana artystycznej, ot np. dzieciak powinien patrzeć prosto w obiektyw, nie jest to całkiem lege artis przy żywym temacie ujęcia. No, ale Panie Przedszkolanki już dopilnują żebyś chłopie ustrzelił dziecko jak rasowy artysta. Z taktyki, to im kuźwa normalnie piątke daję. Ostatnio, jak ich było cztery tak się kobieciny rozlokowały, każda w rogu salki i dalejże: No ładnie, patrz na pana, patrz w obiektyw... Amelka, no patrz w obiektyw jak pan woła...
Noż kurwa. Moje biedne nerwy, już nie mówiąc ze pewnie dzieciak do domu nie trafił z powodu oczopląsu... Ale i ja twardy bywam: Pani z jogurtem, pani jest wychowawczynią grupy? No to pani zostaje, pani z jabłkiem i pani z bananem, wychodzimy... wychodzimy powiedziałem, zbyt głośno pani ciamka... Co?! Oj bo zdjęcie zrobię i bez retuszu wyślę... No...

Dalej już idzie z górki, do obiadu seteczka dzieciaków ma już swoje portreciki dla dziadków i reszty famili. Pora zbierać się do nastepnej placówki, może tam dadzą lepszą kawę...

1 komentarz:

Michał P. pisze...

Krzysztof "dwa baty" Samborski uhahahaha i " słoik bigosu"!!!!!