29 maj 2011

"Jak Gruszka zabił Gruszkową" pióra Justynides

Ha! Z wiosny powoli wykluwa się lato. Wierny długoletniej tradycji wyruszyłem do 3miasta kopać łopatą, przeżuwać piasek i targować się z rybakami. Generalnie wstawanie o czwartej rano i użeranie się z ekipą kopaczy-nałogowców trochę mnie zajmuje, z tego też powodu nie miałem czasu puścić niczego sensownego na blogu. Pomocną dłoń podała mi Justynides. Przed wami moi drodzy pierwszy gościnny post na Blogu Ernesta, świetny, krótki tekst wpisujący się chyba w moją teorie opisującą Grybów jak Twin Peaks europy wschodniej. A co do tych którzy mogliby się oburzać na ton posta: ja też lubiłem Gruszkową, w jej kiosku jako dziewięciolatek kupowałem z kolegami pierwszy zestaw małego palacza(papierosy "Kapitan" i miętusy), zaś czapka Gruszki dostarczała mi radości ilekroć tylko zdążyła zamajaczyć na widnokręgu. W takich właśnie sytuacjach powinniśmy się przeglądać jak w najczystszym zwierciadle, moi drodzy Grybowianie i fani. A teraz już przekazuję klawiaturę pięknej, rudej Justynides:
Zasiadam oto przed pustą kartką (w wersji elektronicznej, więc jest nieco mniej romantyczna), aby z odmętów mej pamięci wygrzebać garść wspomnień z życia na Grybowskiej Ziemi. Ziemi, z której wyemigrować mi przyszło na Krakowską, aby w mieście, gdzie sąsiedzi się mną nie interesują, i których nawet nie znam, wieść dalej swój marny żywot.
Anonimowość i oderwanie się od wydarzeń, których nierzadko nie chciałam być uczestnikiem, lecz musiałam, przyjęłam z pewną ulgą. Informacje kto z kim, kto kogo, co, gdzie i dlaczego (lub nie) z racji braku dostępu do plotkarskich źródeł, jakże charakterystycznych dla małomiasteczkowej mentalności, zaczęły mnie coraz bardziej omijać. W każdej, nawet małej miejscowości, zdarzają się jednak historie, które lotem błyskawicy obiegają wszystkich. Nawet ex mieszkańców.


Dzień jak co dzień. Siedzę, nic się nie dzieje i nic nie zapowiada, że się stanie. Wtem telefon od przyjaciółki. Odbieram:
- Wiesz, co się stało?! Wiesz, co się stało?! Gruszka zabił Gruszkową!
- Coo?
- No Gruszka zabił Gruszkową!

W Grybowie sensacja. Wszak ludzka śmierć, zwłaszcza tragiczna, od zawsze ją budziła (zwłaszcza, gdy w mieście nie ma innych rozrywek). Mieszkańcy zdążyli już ochłonąć nieco po wyczynie Adasia, stworzyć kilkanaście historii na temat motywów zabójstwa własnej matki(macochy - przyp. Ernest) oraz na wszelkie sposoby przedyskutować niewdzięczność dzieci dla rodziców, zrobić listę kolejnych ofiar oraz pewnie po cichu liczyć, że będą mogli kogoś z niej wykreślić. No to bum, kolejne morderstwo, odwrotnie niż u Mickiewicza – Pan zabił Panią.

Wieczorem dzwoni Matka Rodzicielka z tą samą nowiną:
- Wiesz, co się stało?! Wiesz, co się stało?! Gruszka zabił Gruszkową! Podobno dzikie krzyki były, szarpanina, drzwi zamknął i nie szło się dostać do ich mieszkania, podobno, że go zdradzała, że się dowiedział, że miał nie całkiem po kolei w głowie, że w separacji byli, a razem mieszkali, wziął i zabił!

(Nie)stety nie było mi dane być na miejscu i żyć tym, czym żyli aktualnie mieszkańcy rodzinnego Grybowa, nie dane mi było wysłuchiwać również gadania ludzi, którzy zawsze wszystko wiedzą lepiej i na pewno.

Głowę mą zaprzątnęła natomiast myśl, że przez cały okres mojego mieszkania w Grybowie morderca przejeżdżał na rowerze obok mojego domu, ponieważ pod pobliskim lasem miał działkę, na której uskuteczniał mini rolnictwo. Przejeżdżał, zawsze odpowiadał na moje „Dzień dobry”, a podczas rozmów, które odbywał z domownikami był miły i serdeczny. Ot, sympatyczny Pan, z którego z przyjaciółką zwykłyśmy się nieco naigrywać, a w zasadzie nawet nie z niego, a z czapki, którą nosił na głowie bez względu na porę roku. Sytuacja pewna utwierdziła nas w przekonaniu, że czapka owa jest przytwierdzona do głowy na stałe, a noszona była, zwykle podwinięta, na jej czubku. A było to tak: chyba jesień, szaro buro, stoimy sobie gdzieś na Rynku oczekując na autobus, zapewne do szkoły. Wtem główną ulicą nadjeżdża rowerem Pan Gruszka, zatrzymuje się, schyla i grzebie coś w łańcuchu. Opuszcza głowę nisko, aby dojrzeć, co tam też zaniemogło, a czapka nic – jak była na czubku głowy tak się trzyma, jak gdyby nie działały na nią prawa grawitacji. Zagadki tej nigdy nie udało nam się rozwiązać, a odpowiedź Pan Gruszka zabrał ze sobą tam, gdzie teraz jest (nie wiem gdzie).

Żyjąc w małym miasteczku, gdzie wszyscy wszystkich znają (przynajmniej z widzenia) i wszystko o wszystkich wiedzą (przynajmniej ze słyszenia), chcąc nie chcąc rodzi się między mieszkańcami pewna więź – sympatia (zrodzona przez wspólne plotkowanie), zawiść (bo Staszek ma lepszy samochód, no gdzie on się takiego dorobił?! Na pewno nie uczciwie!), zazdrość (bo Kaśka chodzi z najlepszym facetem w mieście, głupia kurwa), nieumiarkowanie w piciu (po niedzielnej mszy, w Fenixie(Fenolu – to dla tych co związani są z lokalem bardziej nałogowo niż hobbystycznie - Ernest), który swoją drogą ponoć nie jest już speluną i nawet kebaba sprzedają) i inne, mniej lub bardziej subtelne. Zważywszy na to nie dziwi więc fakt, że ludzie się interesują tym, co się wokół nich dzieje (fakt, że czasem niezdrowo). Sensacyjne wydarzenia (Kościelny, co okradał parafię! Kaczyński w Stróżach! Dni Grybowa!) nadają smaczku szarej, monotonnej rzeczywistości, sprawiając, że ten mały świat staje nagle na głowie. W miarę szybko wraca jednak do swojej normalnej pozycji, co by się  w niej nie poprzewracało. Aż do kolejnej sensacji.

To co, kto będzie następny? :)

Justynides

5 komentarzy:

justynides pisze...

Z kiosku Gruszkowej pochodzi cała seria Życia Świata, dumnie, acz już niepotrzebnie, stojąca na półce w moim pokoju w Grybowie.

Ernest pisze...

Ha! Czego tam nie było, ja to pamiętam jeszcze że oprócz wspomnianych zestawów małego palacza kupowałem tam oranżadę taką jeszcze w butelkach z korkiem na drucie.

Anonimowy pisze...

za ta oranzada poszedlbym w ogien, i jeszcze za oranzada w woreczku. Byla jedna taka w moim ulubionym Zielonym kolorze...
Pozdrowienia z Glasgow sle Piekny Krzychu
hyhyhy

Ernest pisze...

@ Piękny Krzychu - hehehe a to mnie ująłeś huhuh, oranżada zielona w woreczku, jak tam twój pies tez wciąż jest zapalonym oranżadystą? daj jakis znak sygnal, masz fejsa albo li co?

Anonimowy pisze...

Fejsa nie znosze
bo mnie wkurwia po trosze

Nie mam Erni, nic takiego nie mam
bede sobie ogladal twojego bloga od czasu do czasu wiec moze smialo do mnie tu nww* napisac:)

*nww- niezwykle wazna wiadomosc