3 maj 2011

Zagubiona Płenta:)


Za oknem napiżdża śniegiem, całkiem zwyczajna rzecz o tej porze roku, w końcu któż z nas nie lubi jak w maju raz na jakiś czas ponapiżdża śniegiem(bo "posypie" byłoby eufemizmem). A ja mam coś dla Was. Generalnie akcja jest taka, gdzieś tam coś kliknąłem... I oto... Taraaaaaaaaaaam! Wyskoczył mi nieopublikowany post z 2009-go roku. Bez zbędnych ceregieli, oto on(plus kilka poprawek gramatycznych i jedna stylistyczna):
Ej, ludziska jedziemy jedziemy bo obiecałem... Jak tego dziś nie napisze to dąsom i fochom nie będzie końca. Chociaż ona, oczywiście powie co innego. Chuja tam! Koledzy, który zna pannę, co potrafi powiedzieć - "ej wcale że nie właśnie, wcale się nie złoszczę" - bez tego charakterystycznego zgrzytu zębami (takie coś pomiędzy hamującym pociągiem towarowym a szlifowaniem styropianu)??? Dajcie mi taką pannę a ja znajdę dla nas kapelana. Tak że, ludziska, dzisiaj ma być bez obsuwy, ja ładnie piszę a wy równo czytacie, i nie śmiać mi się tam w kułak. Akcja jest taka...


The Game


 
Jim Corbett, zabójca tygrysów ludojadów.
Darujcie sobie wikipedię, nie ma to żadnego związku z albumem Queenu ani z raperem (ale są czarni, wprawdzie jako zabawne zaokrąglenie zdania, jednak nikt mi nie powie ze w moich tekstach jest za mało czarnych). Chodzi mi o to klasyczne "the game", dobre staroangielskie oreślenie, które potem brytyjczycy przenieśli na każde podbite bądź eksplorowane terytorium. We wszystkich dime novels, opowieściach o kopalnich króla Salomona i księżniczkach z Marsa występuje nasze "the game". Chodzi tu naturalnie o polowanie, ale nie o zwykłe takie tam strzelba, kaczki i do domu, o nie! O polowanie na grubego zwierza, o to idzie. The game to rytuał polowania okraszony swoistymi regułami i nawet sporym szacunkiem do zwierzyny. W skrócie wyglada to tak: afrykańska sawanna, małpy iskają sie po drzewach, termity zbiorowo kopuluja w kopcach, mysliwy uzbrojony w sztucer, skrada się przez wysokie trawy, za nim murzyni z dobytkiem na plecach i głowach, a za nimi skrada się tygrys(glodny, bo mu wszystkie antylopy wystraszyli). I wszyscy znają zasady. Mysliwy wie ile ma kul i kiedy dać spokoj tygrysowi, ten z kolei wie że pierwsi maja zostać zjedzeni murzyni, oni też znają swoje miejsce i już się przyprawili pod konsumpcję. I teraz zagadka, co każde z nich myśli??

(tu następuje dwudziestoczterogodzinna przerwa w pisaniu)

No. I oczywiście, swoim zwyczajem obsunąłem termin. Ale nie jest źle, nie drzyjcie moje wierne fanki, wasz oddany Wujek Ernest jest cały i zdrowy i znowu zasiadł przed klawiaturą...

Bo w ogóle to o co chodzi? Po co ja wam tu wypisuję bajki o zwierzątkach, murzynkach i zagubionych w trawie? Ha, chodzi o alegorię moi drodzy. Całkiem niedawno, podczas okresowej spowiedzi jednej z moich koleżanek setnie ubawiłem się opowieścią o kobiecym wydaniu łowów.

Koledzy, towarzysze, i inne kozły! Myślicie że to my postepujemy nieudolnie i niezdarnie podrywając panny? Posłuchajcie tego:

Dramatis personae:

Panienka - niesforne ale poczciwe dziewczę w późnym kwiecie wieku

Ja - spowiednik, inkwizytor i wyrocznia

Karol - upiorny głos zza kurtyny 

Chór murzynów - bo w tragedii musi być chór, a murzyni, wiadomo.


Akt pierwszy, miesjce akcji: nowosądecka ulica - ustronna, kolorowa i wonna

Panienka (jest na odbiciu po kolejnym porzuceniu jej przez tego samego narzeczonego, ktory jak zawsze odszedł zarzucając jej brak uczuciowości i zanagażowania) zwaraca się do mnie w wielkiej afetkacji:

- I wlaśnie niedawno chciałam kogoś poznać, wiesz wesele siostry niedługo, to może bym z kimś poszła?

Ja(inkwizytor i wyrocznia, już wiedziałem co będzie):


- Tak, tak.

Panienka:

- I już nawet spakowałam prawie memu byłemu rzeczy....

W tle chór murzynów przechodzi z kulisy za kulisę niosąc na glowach kartonowe pudła wypełnione męskim przyodziewkiem i akcesoriami komputerowymi, śpiewają:

- ....podaj mi podaj bananów kosz...

Ja:

- I co, znalazlas sobie kogos na to wesele w końcu?

Panienka(rumieńcem płonąc):


- No...wiesz, jak byłam u siostry, to poznałam takiego Karola.

Tu szeleszczący hihot Karola przebiega przez scenę.

Ja:

- I co? umówiłas się z nim?

Panienka:

- Nie no co ty!? tak przy wszystkich?

Ja:

- Ale podoba Ci się? I chcesz iść z nim na wesele?

To treść całego wpisu, widocznie musiałem go wtedy chociaż na chwilę opublikować, na co wskazuje komentarz Panfilowej(czytając go zapewne zgodzicie się ze mną, że to jednak szkoda iż postanowiła juz jakiś czas temu dać się zmarnować jako mężatka:)).

 I teraz...

Achtung! 

Uwaga! 

Atencion! 

Jeżeli ktokolwiek z Was wie o co mogło mi wtedy chodzić, to niech to napisze w komentarzach... Jeżeli opowiedziałem komuś tę historie na plaży, na nartach albo najebany, koniecznie niech da znać. A jeśli opowiedziałem o tym leżąc na Waszej kanapie, zalany łzami i przytulony do Waszego misia to dajcie znać ale na maila(eprobaton at gmail.com)!

3 komentarze:

panfilowa pisze...

slucha sie Ciebie zajebiscie, ale to jak piszesz przeszlo moje wyobrazenia...jak ja qwa nie zobacze Twoich tekstow w jakims pismaku, to musztarda po obiedzie (dla niewtajemniczonych, w przelozeniu na polski-chuj z gownem)

justynides pisze...

Ja nic nie wiem.
Ale chciałabym kiedyś zagrać Murzyna w chórze, który by śpiewał: Podaj mi bananów kosz. Zacna rola.

Wenus pisze...

Wiesz co, z tą płentom to nie wiem ;)
Ale ale.
Skończyłam właśnie czytać Pilipiuka "Przygody Jakuba Wędrowycza" i uważam, że MUSISZ napisać książkę.
To jest Twój społeczny obowiązek.
Dziękuję za uwagę.