16 paź 2011

Kuleczka part I

Historię tę dedykuję mojej najwierniejszej czytelniczce Justynie. 
Będzie to opowieść drogi, może nie tyle z morałem(chociaż za morał można wziąć naukę że jeśli chodzi o dziewczynę to z każdym facetem idzie sobie poradzić ale wyrwać ją z grona lesbijek to jest czelendż), ile z pointą: nie pij, nie odstawiaj leków, i bądź gotowy do spełnienia swojej obietnicy sprzed wielu lat.

No dobra zacznę tak... Macie matkę na emeryturze? 
Ja mam.

Niedziela, 6:45 am.
Synu... synu! Wstawaj! Sprzątamy!
Ja jebię... Dobra - wstaję!

Wrzuć garnek do pawlacza, przeczyść kolanko w umywalce, naciągnij sznurki na balkonie, i zrób porządek w tych pudłach! O, pudła! W ogóle prawie zapomniałem o ich istnieniu, wrzucone we wnękę komody czekały w ciszy i kurzu na ten właśnie dzień. Kartony po routerze i jakimś dawno zepsutym netbooku(tak jak nasze babcie przechowywały najbardziej sentymentalne pamiątki w blaszanych pudełkach po halvie albo herbatnikach tak teraz - IT-pudła - znak naszych czasów). Oba pełne świstków, karteluszków i ładowarek(kolejne signum temporis). Ziewam i segreguję: zostawić - wypierdolić, zostawić, wypierdolić, wypierdolić, wypierdolić, zostawić. A tu nagle... O co to? Koperta. W środku zdjęcia. I tu moje kochane, cycate(in spe) fanki zaczyna się dobra historia...

Najpierw obejrzyjmy te fotki. Dwa większe(B5) i kilkanaście mniejszych(format pocztówkowy). Rzućmy okiem wpierw na mniejsze. Sześć, nie - siedem - czarno-białych, wręcz ascetycznych ujęć(każde pod innym kątem) długowłosej dziewczyny zasłaniającej twarz i całe ciało przed ciekawskim obiektywem, albo przed chłostą... Hmm.. No dobra, te zostawmy na inny raz do omówienia(to długa historia). Kolejne zdjęcie, słaby kolor, słabe światło; wasz Wujek Erni obejmuje trochę chyba na siłę chudawą blondynkę siedzącą na krześle, tło ewidentnie akademikowe. Okej, tę fotę też zostawiamy. Blondynka chyba została zakonnicą. Jedziemy dalej.

O, tu już robi się naprawdę interesująco. Kuchnia w akademiku(nieśmiertelne białe kafelki i stuletnie szafki), na pierwszym planie Seba(słyszeliście o nim, chociażby z tych wpisów) i to w ciekawej pozie, otóż Seba śpiewa, po mocnym układzie zębów zgaduję że musiało być grane, albo "Sen Katarzyny II" Kaczmarskiego, bądź też "Całujcie wy mnie wszyscy..." z tekstem Tuwima. A kto grał? Na lewo, w głębi sceny na krześle siedzi lekko pyzaty, jeszcze długowłosy chłopak twardo dzierżący gitarę, widać że mocno wybija rytm. To Oder, pierwsza gitara Oliwy. Obok, oparty o kredens, drugi gitarzysta, u niego, nawet pomimo statyki zdjęcia, nie widać tego twardego uderzenia, lekko trącając struny tka dźwięki wokół głównej melodii, rozpuszczone włosy falują w rytm ruchów głowy. Gość jest trochę blady, widać że informatyk. To igła. I jest jeszcze cień za Sebą, to Kozioł. Osobna i długa historia, nawet nie dentysta. Ci goście(plus ja na doczepkę), moi drodzy, to podstawa, rzekłbym kościec, Grupy Oliwskiej. Naturalnie kiedy ich zapytacie, każdy zaprzeczy istnieniu takiej formacji... Chwila kiedy zrobiono to zdjęcie należała do czasu kiedy każdy z nas był już po studiach(a przynajmniej uczelnia z nim skończyła), a mimo to brylowaliśmy co kilka tygodni w akademikach UG na ul. Polanki. Wpadaliśmy jak burza dzwoniąc butelkami Specjala ukrytymi w futerałach gitar, oszałamialiśmy portierki i wbijaliśmy do kuchni na drugim piętrze. Krzesła wynosiliśmy z pokoju zakonnicy i tej nieśmiałej z czarno-białych fotek. I zaczynaliśmy grać. Wkrótce korytarz i kuchnia zaludniały się ludźmi żądnymi piwa, śpiewu i kobiet(czasem ktoś protestował ale...). Tak, to jest dobra fota. Zerknijmy na kolejną.

O, ta też jest niezła...
Piwnica Igły, od razu idzie poznać po butelkach po specku sterczących z kolumny transporterów w rogu pomieszczenia. Odrapana framuga i futerał gitarowy oparty o przybrudzoną ścianę. Na pierwszym planie ja. Rozpycham kadr, załamuję światło, zaginam czasoprzestrzeń i obejmuję. O, jak ja potrafię obejmować... Hehe. Z marsową miną ściskam w lewicy drobną, ładną dziewczynę w białej bluzie. W ogóle to kolorystyka tego zdjęcia stylizowana jest na dawne klisze lomo czy na tak lubiany przez np. Tarantino pękający film. Podciągnięta czerwień i głębokie cienie. Dziewczyna, niższa o głowę, tuli mi się do piersi, lewą rękę zarzuca na bark mój i uśmiecha się lisio:P. To kuleczka. Niska, drobna, ostra, całkowicie w moim guście. Byłem nią zafascynowany. To dzięki znajomości z nią pierwszy raz skorzystałem z toalety z napisem biseksualiści, bo hetero była zajęta a do homo jednak się nie odważyłem. Mało odwiedzało nas dziewcząt na posiadówkach u Igły, przeważnie były to siostry Sistars(piękne i utalentowane) i Pustynia(znacie ją z wcześniejszych postów). Generalnie, podryw na tekst "hej wpadniesz na granie? a gdzie? no do kumpla do piwnicy! a kto będzie? no ja, ty i tak ze sześciu kolesi z gitarami, nie znasz." to jednak wyzwanie! ...ale te które przyszły były gwiazdami! Czciliśmy je i kochaliśmy! Wybaczaliśmy im wszystko, od braku znajomości tekstów Kaczmarskiego, po obrzygane buty! I zakochiwaliśmy się w nich szczenięcą, gitarową miłością
Wybaczcie ale piwnica u Igły to materiał na całkiem inną opowieść... Może kiedyś...
Jedziemy dalej.

Trzecia fota.
Stół kuchenny, przy stole siedzi koleżka, koszula z białym kołnierzem wypuszczonym nad kremowy sweter, okulary i fryzura... Fryzura jest niesamowita, takie właśnie uczesanie noszą szaleni naukowcy tworzący promienie śmierci w groszowych powieściach i filmach o frankensteinie. Koleżka uśmiecha się przymilnie, głowę podpiera rękami opartymi o stół. A na stole ogórki na talerzu i butelka luksusowej. Literek. Ten koleżka to Krzywy vel Freester. Mrągowska gwiazda ping-ponga i mistrz powiatowy szachów. Poznaliśmy się w słynnym akademiku nr. 3 na Polankach w Gdańsku. Krzywy to taki człowiek, który uważa że jeżeli będzie miły dla świata to świat będzie miły dla niego. Boże mu błogosław. W owym czasie, na Polankach, był moim dobrym kumplem. Później trochę ześwirował... trochę bardziej niż reszta.


CDN




20 wrz 2011

Muza i papierosy II

Długo czekałem żeby obejrzeć ten film... Jako nastolatek obejrzałem trailer w kinie, później długo szukałem go, ale nie występował w żadnej lokalnej wypożyczalni kaset(sic!) video. Aż w końcu, pewnej pijanej nocy, budzi mnie znana melodia płynąca z głośników telewizora Rubin. Patrzę - Polsat - puszcza "Więcej czadu!"(chyba pierwszy film o blogerze:). I dali tylko dwie reklamy...

Kawałek jest jesienny(bo niektórzy dzisiaj czują się jesiennie) i smutny(bo inni są smutni). Palimy.




16 wrz 2011

Muza i papierosy I

Niedawno odbyłem ciekawą rozmowę z jedną fajną dziewczyną. Treść nie ma znaczenia. Ale tak rozmyślam sobie teraz i doszedłem do wniosku... Czasami po takich rozmowach, po słowach na które wyczekiwało się w napięciu, po zdaniach których rytm przypomina postmodernistyczną poezję... Nie wiem jak wy, ale zawsze mam ochotę zapalić i posłuchać sobie jakiegoś smętnego, nostalgicznego albo melancholijnego kawałka. Muza i papierosy!
I tak myślę, że raz na jakiś czas możemy sobie razem posmęcić...

Dziś do wieczornej fajki, trochę już zapomniany kawałek brytyjskiej kapeli Texas.
Dobry tekst, mocne rockowe brzmienie i wokal Sharleen Spiteri. Palimy!


24 sie 2011

I ten..

No dobra. Trochę mnie nie było. Pomińmy to.
Ostatnio widziałem się z Zacharem. Nie widuję się z nim tak często jakbym chciał. Ale namówił mnie.
I teraz kurwa ACHTUNG!
Rzucę jedno hasło.
Powieść w odcinkach. Part One.
Czytajcie.
Kiedyś napisałem to dla pewnej dziewczyny.


Part One

Siedziałem na schodach. W akademiku. Tak wiem, ta opowieść nie zapowiada się na szalony hicior. Trudno. Schody to schody. Stare lastryko wytarte podeszwami kilku pokoleń studentów, w dzień szorowane do szpitalnego połysku przez sprzątaczki w kwiecistych kitlach i o zwiędłych twarzach,teraz lepiło się od rozlanego alkoholu, gum do żucia, błotnistych śladów adidasów i bogowie wiedzą czego jeszcze. Powietrze miało zapach zwietrzałego browca. Popiół z tlącego się w dłoni papierosa spadł mi na kolano. Noż kurwa - pomyślałem i odruchowo wtarłem go w dżinsy. Fajek dalej tlił się znudzony, nie pomagałem mu. Słuchałem jak piętro wyżej, w kuchni pękającej w szwach od braci studenckiej, jakiś dobrze już zrobiony gitarzysta zawodził„Bar Na Stawach“ Bellona. Jak na moje ucho, pewnie miał długie włosy spięte w kucyk. Dwoma wdechami zabiłem papierosa i pochowałem go, w masowym grobie warującej przy nodze blaszanej popielniczki. Z drzwi za moimi plecami, z ciemnego korytarza wytoczył się na zgiętych kolanach kolejny zagubiony balangowicz. Znacie ten typ, deczko już zarzygana czarna koszula, z kołnierzem tak sztywno postawionym na sztorc jakby to była viagra a nie krochmal, buty w cenie kolacji dla dwojga, na głowie modny, grzeczny irokez z dyskretną nutką żelu. Butelka Desperados albo innego soft-drinka dopełniała całości. Łypnął na mnie podpitym okiem, czknął i niepewnie trzymając się barierki poczłapał w dół. Co tu zostało z wierszy mistrza... Odpaliłem kolejnego papierosa. Blizna nad prawą łopatką szczypała wciąż niemiłosiernie, w dodatku przy każdym mocniejszym skręcie tułowia miałem wrażenie że ta cyniczna, ruda lekarka dorobiła niciom chirurgicznym jakieś kolce, które piłują moje ciało. No i na chuj się zaszywałem? - chmura tytoniowego dymu unosząca się nad schodami nie raczyła nawet odpowiedzieć.Niepotrzebnie obdarzyłem ją jeszcze pytającym spojrzeniem, natychmiast zaczęły łzawic mi oczy, przetarłem je i spojrzałem na zegarek. No ładnie, pomyślałem podnosząc w górę głowę,jeszcze godzina i będą mogli zaintonować „Blues o czwartej nad ranem“. Lubię tę piosenkę, poczekam sobie. Nagle, w lustrze na półpiętrze, zamigotał krótki, złoty lok. To ona - pomyślałem, poderwałem się na nogi żeby zobaczyć więcej. No nie, nie ten nos- usiadłem z powrotem. Jak ja się w to wszystko wjebałem? -zapytałem siebie w duchu, serce bolało mnie chyba bardziej niż ten cholerny esperal - Jak ja się w to wjebałem?

Trzy tygodnie wcześniej...

Targ Węglowy w pierwszych, nielicznych jeszcze, promieniach wrześniowego słońca przypominał brazylijskie modelowe favelas. Ławice kolorowych śmieci przesypywały się zgrabnie pomiędzy koślawo ustawionymi płotkami i potarganymi przez nocny wiatr i balangowiczów, wiatami kramarzy tandetą. Środek placu zajmowało kilka brzydkich kontenerów z wymalowanym logo TVP i spory telebim. Co tu się kurwa dzieje? -pomyślałem wchodząc na bruk przy budynku teatru, popularnie zwanego wybrzeżakiem. Na trawniku obok, siedziały dwa przegrilowane w solarium lachony w białych szortach i złotych sandałkach, w zamierzeniu miało to zapewne podkreślać opaleniznę ale wyszły dwie marchewki w stroju imprezowym. Lachony wspierały głowy jedna o drugą i cichutko pochlipywały zapewne z tęsknoty za Jarem albo innym Maxem co to ma rasowanego golfa, wujka w monopolowym, i miał być na melanżu, ale Łysy na bramce nie wpuścił go do klubu. Zadumałem się przez chwilę nad smutna dolą opuszczonego lachona i pociągnąłem tęgi łyk wermuta kupionego pół butelki temu w nocnym. Zastanawiałem się czy nie podejść i nie pocieszyć chociaż jednej z nich, ale czułem że nadchodzący świt nie pomoże pierwszemu wrażeniu. Telebimami też już nie zaprzątałem sobie głowy. Skierowałem swoje kroki w lewo, do Absyntu.

Absynt... Caffe Absinth... Nie pamiętam już kiedy trafiłem tam po raz pierwszy, pewien jestem tylko tego, że regularnie zacząłem tam uczęszczać gdy odkryłem że pracują tam Nóżki. To były niesamowite dziewczyny, brunetka i blondynka, a jakże. Mieszkały w sąsiednim akademiku i kiedy w pierwsze słoneczne, majowe dni opalały się na balkonie albo uprawiały dżoging pomiędzy domami studenckimi każdy facet znajdował powód aby przystanąć i zachwycić się strzelistymi kształtami biegaczek(co nie co także falowało słodko tu i ówdzie). Jednak ich uroczy cynizm i otwartość w kontaktach z mężczyznami sprawiały, że tylko ci najodważniejsi posuwali się do wyobrażeń o rytmicznym rozprowadzaniu na tych ciałach równych warstw kremu do opalania... W samej zaś knajpie klienci przy barze tworzyli coś na kształt synchronicznej, ruchomej instalacji.„Ogromne morze ludzkich głów” obracało się jednocześnie aby śledzić każdy ich gibki ruch za kontuarem. Były doskonałą, ostrą przyprawą dla młodego klubu. Teraz te czasy minęły, Nóżki już parę lat temu zniknęły zza baru, na ich miejsce pojawili się metro-barmani i dzikie walkirie z rozpasanymi ciałami i dredami sięgającymi ziemi. Klientela chyba się nie zmieniła, to ja po prostu się postarzałem i nie zachwycam się już grupkami siedzących w ciasnych kółkach dziewcząt z grup parateatralnych działających przy Wybżeżaku. Dziewczęta czekały tylko na odpowiednią fazę upojenia i jak na sygnał wskakiwały na stoły aby w szaleńczym tańcu rozkopać szkło. Pod ścianami i na kanapach nadal zasiadają kolesie studiujący lub usiłujący wyglądać jakby studiowali na ASP, kapelusze, bluzo-marynarki, wystudiowane, lekko kobiece ruchy( zawsze mnie o zastanawiało że dziewczyny z Akademii były nawet w swoich artystycznych pozach o wiele bardziej męskie, często rozważałem pomiędzy pierwszą a piątą wódką czy to łagodność , żeby nie powiedzieć niezdecydowanie płciowe studentów, odbijało się na studentkach ASP, czy też odwrotnie, ich twarde, przebojowe charaktery przygniatały tych pierwszych). Te grupy stanowiły tło dla śmietanki towarzyskiej i biznesowo-artystycznej która przychodziła tłumnie do Absyntu, najczęściej po północy aby błyszczeć, wkurwiać, inspirować i wyrywać małolaty(teraz śmietanka nadal się tam bawi, jest tylko trochę bardziej podtatusiała... zważona).Do tego wszystkiego, w którymś momencie knajpa stała się popularna wśród zagranicznych a nawet zamorskich turystów i rezydentów w Gdańsku. O wiele łatwiej było można natknąć się tu na semickie albo śródziemnomorskie rysy twarzy niż na zdrową, przaśną, kaszubską mordę.

Jeden tylko aspekt Absyntu pozostał niewzruszony. Jeżeli gonił cię świt, kac i zawiedzione nadzieje, jeżeli czułeś że nie zniesiesz więcej dzikich jazd swojej narcystycznej osobowości i po prostu wiedziałeś że albo zgubisz się w jakimś kolorowym anonimowym tłumie albo nastąpi, kurwa, niewiem... samozapłon, to Absynt był miejscem dla ciebie. Masz dosyć wiecznie uśmiechniętych znajomych gąb, z pijanym uśmiechem na ustach pytających pusto: - Stary, co tak marnie wyglądasz? - wbijaj do Absyntu. Dziewczyna, dla której przeniósłbyś stolicę z powrotem do Krakowa, albo podpalił ten cyrk na Wiejskiej odchodzi z innym spod klubu w mrok nocy, i zapewne jego sypialni(jak podpowiadaci tępy głos w twojej głowie), tylko dlatego że koleżka umie opowiadać gładkie dyrdymały i całkowicie nie zwraca na nią uwagi? Wbijaj do Absyntu! A może zakochałeś się nieszczęśliwie?Tak, najzwyczajniej, po ludzku zakochałeś się w niskiej drobnej blondyneczce napotkanej na uczelni, zdobyłeś się na odwagę ipowiedziałeś jej o tym gdzieś w sercu klasycznej akademikowejpopijawy, a ona zbyła cię kilkoma banałami, w stylu: nie wiem, niechcę się spieszyć, dajmy temu trochę czasu... Albo pozbawiła cie serca jednym smagnięciem, jednym paskudnym cięciem: - Nie, ale lubię cię jako przyjaciela. Tak było stary? Uciekasz, a jednocześnie nie chcesz zostać sam bo boisz się że ześwirujesz? Wbijaj do Absyntu. Zmierzałem tam właśnie i ja.

Moje powody nie były może aż tak drastyczne jak te wymienione wyżej, ale potrzebowałem jakiejś ucieczki a za razem energii tłumu. Przystanąłem jeszcze na chwilę przed witryna księgarni sąsiadującej przez szklane ściany zwejściem do teatru. Pociągnąłem jeszcze jeden łyk i mój wermut zrobił się całkiem przejrzysty i bez smaku. Pusta butelka nie miała nic na swoje usprawiedliwienie, więc ja wyrzuciłem. Wszedłem do baru.

Obudziłem się z głową odchyloną dotyłu na zimnym, wiklinowym krześle. Przede mną na stoliku w pustej filiżance dopalała się końcówka papierosa. Odruchowo spojrzałem na zegarek. Było pół do ósmej.

18 cze 2011

Trójmiasto - jak tu jest?

Idziesz sobie wieczorem tunelem...

...i spotykasz Samotnego Saksofonistę.

Są też i dziewczęta.

Przypatrują się Tobie.

Sopot ma swoje problemy...

...i sytuacje.

Na plaży...

...czasem słychać muzykę...

...a czasem tylko kurwienie majstra.

Przychodzą całe rodziny.

Ojcowie opiekują się potomstwem...

...albo i nie.
 ... a na koniec wiśienka na torcie - Pan Robotnik z sąsiedniej budowy i kreatywne wykorzystanie plażowego natrysku:

Mój Mistrz!

29 maj 2011

"Jak Gruszka zabił Gruszkową" pióra Justynides

Ha! Z wiosny powoli wykluwa się lato. Wierny długoletniej tradycji wyruszyłem do 3miasta kopać łopatą, przeżuwać piasek i targować się z rybakami. Generalnie wstawanie o czwartej rano i użeranie się z ekipą kopaczy-nałogowców trochę mnie zajmuje, z tego też powodu nie miałem czasu puścić niczego sensownego na blogu. Pomocną dłoń podała mi Justynides. Przed wami moi drodzy pierwszy gościnny post na Blogu Ernesta, świetny, krótki tekst wpisujący się chyba w moją teorie opisującą Grybów jak Twin Peaks europy wschodniej. A co do tych którzy mogliby się oburzać na ton posta: ja też lubiłem Gruszkową, w jej kiosku jako dziewięciolatek kupowałem z kolegami pierwszy zestaw małego palacza(papierosy "Kapitan" i miętusy), zaś czapka Gruszki dostarczała mi radości ilekroć tylko zdążyła zamajaczyć na widnokręgu. W takich właśnie sytuacjach powinniśmy się przeglądać jak w najczystszym zwierciadle, moi drodzy Grybowianie i fani. A teraz już przekazuję klawiaturę pięknej, rudej Justynides:
Zasiadam oto przed pustą kartką (w wersji elektronicznej, więc jest nieco mniej romantyczna), aby z odmętów mej pamięci wygrzebać garść wspomnień z życia na Grybowskiej Ziemi. Ziemi, z której wyemigrować mi przyszło na Krakowską, aby w mieście, gdzie sąsiedzi się mną nie interesują, i których nawet nie znam, wieść dalej swój marny żywot.
Anonimowość i oderwanie się od wydarzeń, których nierzadko nie chciałam być uczestnikiem, lecz musiałam, przyjęłam z pewną ulgą. Informacje kto z kim, kto kogo, co, gdzie i dlaczego (lub nie) z racji braku dostępu do plotkarskich źródeł, jakże charakterystycznych dla małomiasteczkowej mentalności, zaczęły mnie coraz bardziej omijać. W każdej, nawet małej miejscowości, zdarzają się jednak historie, które lotem błyskawicy obiegają wszystkich. Nawet ex mieszkańców.


Dzień jak co dzień. Siedzę, nic się nie dzieje i nic nie zapowiada, że się stanie. Wtem telefon od przyjaciółki. Odbieram:
- Wiesz, co się stało?! Wiesz, co się stało?! Gruszka zabił Gruszkową!
- Coo?
- No Gruszka zabił Gruszkową!

W Grybowie sensacja. Wszak ludzka śmierć, zwłaszcza tragiczna, od zawsze ją budziła (zwłaszcza, gdy w mieście nie ma innych rozrywek). Mieszkańcy zdążyli już ochłonąć nieco po wyczynie Adasia, stworzyć kilkanaście historii na temat motywów zabójstwa własnej matki(macochy - przyp. Ernest) oraz na wszelkie sposoby przedyskutować niewdzięczność dzieci dla rodziców, zrobić listę kolejnych ofiar oraz pewnie po cichu liczyć, że będą mogli kogoś z niej wykreślić. No to bum, kolejne morderstwo, odwrotnie niż u Mickiewicza – Pan zabił Panią.

Wieczorem dzwoni Matka Rodzicielka z tą samą nowiną:
- Wiesz, co się stało?! Wiesz, co się stało?! Gruszka zabił Gruszkową! Podobno dzikie krzyki były, szarpanina, drzwi zamknął i nie szło się dostać do ich mieszkania, podobno, że go zdradzała, że się dowiedział, że miał nie całkiem po kolei w głowie, że w separacji byli, a razem mieszkali, wziął i zabił!

(Nie)stety nie było mi dane być na miejscu i żyć tym, czym żyli aktualnie mieszkańcy rodzinnego Grybowa, nie dane mi było wysłuchiwać również gadania ludzi, którzy zawsze wszystko wiedzą lepiej i na pewno.

Głowę mą zaprzątnęła natomiast myśl, że przez cały okres mojego mieszkania w Grybowie morderca przejeżdżał na rowerze obok mojego domu, ponieważ pod pobliskim lasem miał działkę, na której uskuteczniał mini rolnictwo. Przejeżdżał, zawsze odpowiadał na moje „Dzień dobry”, a podczas rozmów, które odbywał z domownikami był miły i serdeczny. Ot, sympatyczny Pan, z którego z przyjaciółką zwykłyśmy się nieco naigrywać, a w zasadzie nawet nie z niego, a z czapki, którą nosił na głowie bez względu na porę roku. Sytuacja pewna utwierdziła nas w przekonaniu, że czapka owa jest przytwierdzona do głowy na stałe, a noszona była, zwykle podwinięta, na jej czubku. A było to tak: chyba jesień, szaro buro, stoimy sobie gdzieś na Rynku oczekując na autobus, zapewne do szkoły. Wtem główną ulicą nadjeżdża rowerem Pan Gruszka, zatrzymuje się, schyla i grzebie coś w łańcuchu. Opuszcza głowę nisko, aby dojrzeć, co tam też zaniemogło, a czapka nic – jak była na czubku głowy tak się trzyma, jak gdyby nie działały na nią prawa grawitacji. Zagadki tej nigdy nie udało nam się rozwiązać, a odpowiedź Pan Gruszka zabrał ze sobą tam, gdzie teraz jest (nie wiem gdzie).

Żyjąc w małym miasteczku, gdzie wszyscy wszystkich znają (przynajmniej z widzenia) i wszystko o wszystkich wiedzą (przynajmniej ze słyszenia), chcąc nie chcąc rodzi się między mieszkańcami pewna więź – sympatia (zrodzona przez wspólne plotkowanie), zawiść (bo Staszek ma lepszy samochód, no gdzie on się takiego dorobił?! Na pewno nie uczciwie!), zazdrość (bo Kaśka chodzi z najlepszym facetem w mieście, głupia kurwa), nieumiarkowanie w piciu (po niedzielnej mszy, w Fenixie(Fenolu – to dla tych co związani są z lokalem bardziej nałogowo niż hobbystycznie - Ernest), który swoją drogą ponoć nie jest już speluną i nawet kebaba sprzedają) i inne, mniej lub bardziej subtelne. Zważywszy na to nie dziwi więc fakt, że ludzie się interesują tym, co się wokół nich dzieje (fakt, że czasem niezdrowo). Sensacyjne wydarzenia (Kościelny, co okradał parafię! Kaczyński w Stróżach! Dni Grybowa!) nadają smaczku szarej, monotonnej rzeczywistości, sprawiając, że ten mały świat staje nagle na głowie. W miarę szybko wraca jednak do swojej normalnej pozycji, co by się  w niej nie poprzewracało. Aż do kolejnej sensacji.

To co, kto będzie następny? :)

Justynides

15 maj 2011

I klakson! Klakson!

Ha kuźwa! Czas na nowy post.
Wczoraj wyjechałem z Grybowa nach Danzig, przerwa w podróży pod Warszawą i dziś rano ruszam dalej na Ostródę, Elbląg i Gdańsk. Znam te trasę. W ogóle, dużo ostatnio jeżdżę, tu tam i siam. I mam swoje małe hobby, mój mały sekret... Uwielbiam trąbić na dziewczęta idące drogą. Pasjami uwielbiam. Wiem, może to lekko wieśniackie hobby ale co mi tam - to zdziwienia kiedy słyszą klakson!

Jedziesz brachu sobie drogą, nie autostradą albo szybkiego ruchu, ale zwyczajną, tzw "żółtą"... Jedziesz, wiosna dookoła, kwiatki kwitną, ptaki drą ryje... Na drodze - jak to na drodze: kilka tirów do wyminięcia, roześmiany pan traktorzysta pociągający browar w kabinie pomacha ci wesoło, czasem trafi się furmanka wycieczkowa zaprzęgnięta w nasza szkapę - ot i lokalny farmer wraz z cała rodziną kartofle jedzie na ojcowiźnie sadzić, babom łydki bieleją w polu... Sielanka. Jedziesz, palisz szluga, w radio "Ace piorun Dece" wymiata. I nagle patrzysz, a tu idzie, wysoka(jakoś rzadziej niskie laski spacerują przy drodze), zgrabna, wszystko się kołysze, krok leniwy, sukienka w groszki, włos wiatrem targany... Ech i jak tu nie zatrąbić!

Ale należ to zrobić profesjonalnie, żadnej amatorki, nie nie. Generalnie akcje użycia klaksonu na obiekcie niewieścim idącym drogą można podzielić na dwie kategorie: od przodu i od tyłu. Osobiście preferuję te "od tyłu", to tak jak oglądać jaguary w ich naturalnym środowisku. Całkowity brak wdzięku dodanego, 100% naturalnej kobiecości, i makijaż cię nie rozprasza. Zauważasz obiekt, delikatnie zwalniasz, przez następne kilkaset metrów możesz śmiało delektować się wdziękami, miękkim krokiem i nieświadomością twojej obecności. Normalnie - safari! Około stu metrów od celu zwalniasz jeszczę troszkę - wiadomo - musisz mieć czas na dokonanie ekspertyzy tez od przodu... Zwalniasz... I kurwa Klakson! Dziewczę podrywa głowę szuka wzrokiem twojego spojrzenia jakby chciała zapytać "To na mnie trąbisz przyjacielu?", ale po chwili lekko czerwieniejąc spuszcza oczy. Uwielbiam takie akcje, kocham takie dziewczyny. Naturalnie zdarzają się czasem tragiczne pomyłki ale wtedy, no cóż - marchewka jest ponoć dobra na oczy, jedz więcej marchwi.

Od przodu zaś jest trochę inaczej. Już z daleka widzisz czy warto w ogóle zwalniać, a i ona też swoim sokolim wzrokiem i kobiecą intuicją wychwytuje twoje zainteresowanie. Nagle jej krok staje się bardziej sprężysty, wysuwa dekolt lekko do przodu, filuternie mruży oczy, i czeka na to abyś nacisnął klakson. Damy nie wolno zawieść. Trąbisz. Ona śmieje się wesoło. Zawsze mam ochotę ożenić się z taką dziewczyną.

W ogóle to zawsze kiedy nachodzi mnie refleksja, że jednak zachowuję się jak zwyczajny burak to pocieszam sie tym iż może to moje trąbienie ma jakieś dobre skutki. Socjologiczne i terapeutyczne. Po pierwsze, na pewno podnoszę procent zadowolonych ze swojej urody panien(18-30 lat) w miejscowościach do dziesięciu tysięcy mieszkańców. Po drugie, a może ona właśnie wracała od swojego byłego już chłopaka, np Ryśka, syna mechanika z sąsiedniej wioski co to i traktor i "golfa dwójkę" umie naprawić i chciała z nim nad potok iść pooglądać jak okonie skaczą w tarle. A tu zachodzi do warsztatu i widzi że na kanale Maryśka co to mieszka dwie wioski dalej i co na ostatniem festynie połowie kapeli dupy dała. I wraca smutne to dziewczę do domu, niosąc to brzemię zawiedzionych nadziei i nienawiść do wszystkich mechaników świata tego, i żali się w duchu że tak się wyszykowała a Rysiu takie lafiryndzie cycki woli miętolić. A tu ja akurat trąbie i robi się jej lżej na duchu, i wie że jednak ktoś jej urodę i szyk potrafi zauważyć. Tak moi drodzy...

Dobra, kończę czas sie zbierać do jazdy. Zdradzę wam moje sekretne pragnienie: chciałbym mieć klakson z takim pierdolnięciem żeby sukienki podwiewało!

Bajo.


Ps. Zdjęcia pochodzą z trasy Legionowo - Nowy Dwór Mazowiecki, ale na Bułgarki nie trąbię bo są w pracy i nie chcę ich rozpraszać.

3 maj 2011

Zagubiona Płenta:)


Za oknem napiżdża śniegiem, całkiem zwyczajna rzecz o tej porze roku, w końcu któż z nas nie lubi jak w maju raz na jakiś czas ponapiżdża śniegiem(bo "posypie" byłoby eufemizmem). A ja mam coś dla Was. Generalnie akcja jest taka, gdzieś tam coś kliknąłem... I oto... Taraaaaaaaaaaam! Wyskoczył mi nieopublikowany post z 2009-go roku. Bez zbędnych ceregieli, oto on(plus kilka poprawek gramatycznych i jedna stylistyczna):
Ej, ludziska jedziemy jedziemy bo obiecałem... Jak tego dziś nie napisze to dąsom i fochom nie będzie końca. Chociaż ona, oczywiście powie co innego. Chuja tam! Koledzy, który zna pannę, co potrafi powiedzieć - "ej wcale że nie właśnie, wcale się nie złoszczę" - bez tego charakterystycznego zgrzytu zębami (takie coś pomiędzy hamującym pociągiem towarowym a szlifowaniem styropianu)??? Dajcie mi taką pannę a ja znajdę dla nas kapelana. Tak że, ludziska, dzisiaj ma być bez obsuwy, ja ładnie piszę a wy równo czytacie, i nie śmiać mi się tam w kułak. Akcja jest taka...


The Game


 
Jim Corbett, zabójca tygrysów ludojadów.
Darujcie sobie wikipedię, nie ma to żadnego związku z albumem Queenu ani z raperem (ale są czarni, wprawdzie jako zabawne zaokrąglenie zdania, jednak nikt mi nie powie ze w moich tekstach jest za mało czarnych). Chodzi mi o to klasyczne "the game", dobre staroangielskie oreślenie, które potem brytyjczycy przenieśli na każde podbite bądź eksplorowane terytorium. We wszystkich dime novels, opowieściach o kopalnich króla Salomona i księżniczkach z Marsa występuje nasze "the game". Chodzi tu naturalnie o polowanie, ale nie o zwykłe takie tam strzelba, kaczki i do domu, o nie! O polowanie na grubego zwierza, o to idzie. The game to rytuał polowania okraszony swoistymi regułami i nawet sporym szacunkiem do zwierzyny. W skrócie wyglada to tak: afrykańska sawanna, małpy iskają sie po drzewach, termity zbiorowo kopuluja w kopcach, mysliwy uzbrojony w sztucer, skrada się przez wysokie trawy, za nim murzyni z dobytkiem na plecach i głowach, a za nimi skrada się tygrys(glodny, bo mu wszystkie antylopy wystraszyli). I wszyscy znają zasady. Mysliwy wie ile ma kul i kiedy dać spokoj tygrysowi, ten z kolei wie że pierwsi maja zostać zjedzeni murzyni, oni też znają swoje miejsce i już się przyprawili pod konsumpcję. I teraz zagadka, co każde z nich myśli??

(tu następuje dwudziestoczterogodzinna przerwa w pisaniu)

No. I oczywiście, swoim zwyczajem obsunąłem termin. Ale nie jest źle, nie drzyjcie moje wierne fanki, wasz oddany Wujek Ernest jest cały i zdrowy i znowu zasiadł przed klawiaturą...

Bo w ogóle to o co chodzi? Po co ja wam tu wypisuję bajki o zwierzątkach, murzynkach i zagubionych w trawie? Ha, chodzi o alegorię moi drodzy. Całkiem niedawno, podczas okresowej spowiedzi jednej z moich koleżanek setnie ubawiłem się opowieścią o kobiecym wydaniu łowów.

Koledzy, towarzysze, i inne kozły! Myślicie że to my postepujemy nieudolnie i niezdarnie podrywając panny? Posłuchajcie tego:

Dramatis personae:

Panienka - niesforne ale poczciwe dziewczę w późnym kwiecie wieku

Ja - spowiednik, inkwizytor i wyrocznia

Karol - upiorny głos zza kurtyny 

Chór murzynów - bo w tragedii musi być chór, a murzyni, wiadomo.


Akt pierwszy, miesjce akcji: nowosądecka ulica - ustronna, kolorowa i wonna

Panienka (jest na odbiciu po kolejnym porzuceniu jej przez tego samego narzeczonego, ktory jak zawsze odszedł zarzucając jej brak uczuciowości i zanagażowania) zwaraca się do mnie w wielkiej afetkacji:

- I wlaśnie niedawno chciałam kogoś poznać, wiesz wesele siostry niedługo, to może bym z kimś poszła?

Ja(inkwizytor i wyrocznia, już wiedziałem co będzie):


- Tak, tak.

Panienka:

- I już nawet spakowałam prawie memu byłemu rzeczy....

W tle chór murzynów przechodzi z kulisy za kulisę niosąc na glowach kartonowe pudła wypełnione męskim przyodziewkiem i akcesoriami komputerowymi, śpiewają:

- ....podaj mi podaj bananów kosz...

Ja:

- I co, znalazlas sobie kogos na to wesele w końcu?

Panienka(rumieńcem płonąc):


- No...wiesz, jak byłam u siostry, to poznałam takiego Karola.

Tu szeleszczący hihot Karola przebiega przez scenę.

Ja:

- I co? umówiłas się z nim?

Panienka:

- Nie no co ty!? tak przy wszystkich?

Ja:

- Ale podoba Ci się? I chcesz iść z nim na wesele?

To treść całego wpisu, widocznie musiałem go wtedy chociaż na chwilę opublikować, na co wskazuje komentarz Panfilowej(czytając go zapewne zgodzicie się ze mną, że to jednak szkoda iż postanowiła juz jakiś czas temu dać się zmarnować jako mężatka:)).

 I teraz...

Achtung! 

Uwaga! 

Atencion! 

Jeżeli ktokolwiek z Was wie o co mogło mi wtedy chodzić, to niech to napisze w komentarzach... Jeżeli opowiedziałem komuś tę historie na plaży, na nartach albo najebany, koniecznie niech da znać. A jeśli opowiedziałem o tym leżąc na Waszej kanapie, zalany łzami i przytulony do Waszego misia to dajcie znać ale na maila(eprobaton at gmail.com)!

30 kwi 2011

Blogowanie na górze


Nosi mnie trochę. Dawno się już tak nie nudziłem... W zasadzie tak się już kurwa nudzę, że aż postanowiłem poblogować.Ale od jakiegoś czasu nie jest mi dane zrobić niczego w spokoju, do końca i bez perturbacji. Wszechświat widać pozbierał się po ostatnim wpierdolu jaki mu spuściłem (i to po dobrym pół litra) i postanowił że czas na rewanż.

Żeby łyknąć trochę spokoju i sklecić ten post wyjechałem na górę(tutaj widoczek), nie jakąś tam górkę ale na Matelankę (nawet pani w przedszkolu nie wiedziała skąd ta nazwa), która grodzi Grybów od północnej strony. Klimat, wiecie jak na amerykańskim filmie z lat 80-tych, samotny bohater zmęczony życiem spogląda z kamienistego urwiska na zapalające się w dole światła wielkiego miasta... No tak mnie też ten obrazek kojarzy się bardziej z parą nastolatków na tylnim siedzeniu cadillaca, ale o tym za chwilę.

Wyjechałem sobie na górę, moje kochane czytelniczki, każdy Grybowianin zna to wzniesienie i drogę doskonale, to tutaj chodziło się na całodzienne przedszkolne spacery, później na harcerskie ogniska, a jeszcze później wiodła tędy ścieżka tradycyjnej, corocznej drogi krzyżowej, na którą chodziło się podrywać dziewczęta(później niestety proboszcz zmienił trasę pewnie dlatego żeby młodzież nie gubiła się w ciemności po krzaczorach, parami). W połowie drogi mniej więcej, jakiś pomysłowy mój krajan ustawił kiedyś ławeczkę z betonu i drewna, można było przysiąść, obalić flaszeczkę, pościskać się z dziewczyną(wszak każdy lubi te momenty w amerykańskich filmach)  ewentualnie wysłuchać opowieści kumpla o tym jak to jego była panna jest jednak w ciąży i co będzie jak się te dwie aktualne dowiedzą... Tak, ławeczka to był złoty pomysł. Ja też - myślałem - usiądę, zapalę, strzelę sobie puszeczkę Cherry Coke, pierdolnę pościk. I co? I dupa! Naprzód, gdzie kurwa w tym mieście można kupić wiśniową kolę?! Następnie, zajeżdżam na miejsce i co widzę? Po ławeczce zostały tylko dwa betonowe kikuty i sterta butelek("Z czerwoną kartką" i "Żołądkowa" rulez!). Co za kurwiszon chytry rozjebał ławeczkę? A taką chciałem posnuć opowieść, jak to siedzę i spoglądam na Grybów, miasto rozkłada się w korycie rzeki, dymią kominy Stolbudu, i błyska fleszami migomatów przeszklona hala peerki, Stalbudu czy jak to tam się teraz nazywa,  sznury czerwonych i żółtych świateł do skrzyżowania( by the way, noż kurna, żeby miasteczko miało jedne światła i korki jak w stolycy... ech...), jak to pośród dachów rynku, strzela w górę nieoświetlana już od kilku lat wieża neogotyckiego kościoła... Tak wam chciałem napisać, ale jakiś piździelec zabrał mi ławeczkę! W dodatku, gdzie kiedyś były chaszcze i zagajniki brzozowe to teraz się, kurna, ludziska pobudowali, a tu dróżyna wąska jak wjazd do cnotki, i co chwilę mruga jakiś koleżka światłami żebym się usunął.

Zjechałem trochę niżej na parking Ośrodka Politechniki Warszawskiej, gdzie to studenci tegoż uczyliszcza stacjonują na wakacjach, praktykując mierzenie nachylenia gruntu i wbijanie w niego biało-czerwonych tyczek. To miejsce też jest mi dobrze znane, tutaj w burzliwym okresie dojrzewania chadzaliśmy latem z kumplami z osiedla, przez las, podglądać studentki pod prysznicami(w każdym pawilonie jest takie małe okienko w łazience wychodzące na ogrodzenie i las ciemny za nim). I tak palę sobie szluga, zapijam pepsi i gapię się na Grybów. Na nasz małe, własne Twin Peaks. No, bracia Grybowianie, nigdy Wam nie przyszło to porównanie go głowy? Przypomnijcie sobie czołówkę tego skądinąd świetnego serialu: góry, ptaszki zakłady, sklepiki, kamienista rzeczka... A za fasadą tego wszystkiego mroczne tajemnice, jak znalazł Grybów: Adaś(jeszcze mu dychę wiszę), Gruszka co zabił Gruszkową i naprany Japońcyk - barometr końca świata(więcej o nim w TYM poście). Twin Peaks jak w pysk strzelił! Biada Tobie, miasto Priama i burmistrza Piechnika! Dla klimatu:



Z innej beczki(a może właśnie tej samej?): przed chwilą byłem świadkiem fajnej sceny(w ogóle muszę tu częściej wpadać, świetne miejsce do obserwacji antropologicznych). Rozproszony na chwilę przez kota ciekawie zaglądającego do wnętrza samochodu, nie zauważyłem jak na drodze od strony rynku pojawiła się parka. Chłopak i dziewczyna, wiek - tak pomiędzy późnym gimnazjum a średnim liceum, miny poważne, krok dostojny, ręce splecione, idą, nie rozmawiają, widać co już mieli sobie do powiedzenia to powiedzieli. Słońce zachodzi już całkiem prawie. Wzrok dziewczyna ma twardy, usta zacięte i nagle z tych ust padają nie więcej jak dwa szybkie słowa, musiały być ostre, szkoda że nie słyszałem, a chłopak, jak pisze Sienkiewicz, jakby go gadzina żgnęła, obrócił się i w dyrdy na dół - ROZSTANIE chyba! Ech, scena jak z wyżej wspomnianych filmów... Pewnie bidulka planowała z nim już dwójkę pyzatych dzieci i do m na ziemi od ojca w posagu wziętej... A pewnie on chciał tylko na ławeczkę, w wiadomym celu...

Dobra kończę, bo coś tu kocim moczem zaciąga, chyba gadzina(ten Sienkiewicz!) oszczała mi furę!

22 kwi 2011

Back to Blog II - The Keybord Rapist!

Kruca Fucks...

Gdybym za każdym razem, kiedy zasiadam do klawiatury, aby obwieścić światu i moim kochanym, wilgotnym fankom, że wracam do blogowania, kupował sobie flaszunię - to chodziłbym napruty przez cały boży dzień tydzień po tygodniu. Ale spoko, nadeszła wiosna, jutrzenka kurna swobody... Ernest wrócił! A laski przywdziały wiosenne kwieciste sukienki!

Na po czątek odgrzejemy sobie mały kawałek który pojawił się tylko na facebookowej stronie bloga.

Oto przed wami pierwszy sneak-pick w przyszła kampanię reklamową Bloga Ernesta(w planach są specjalne promocyjne stringi i obrączki na fiuta):

"Jak Łata został twarzą Bloga Ernesta"

Siedzimy sobie z Krzysiem Ibiszem w Iksie, sączymy driny, i nagle Krzychu mówi:

- Ty Ernest, a tego twojego bloga to można by ludziom pokazać...

- No - mówię - ale po co? Co ja się mam lansować jak ta, jak jej tam? O, Górniaczka!

- Ej, to nawet mój duchowy idol - tu Krzychu położył czułym gestem rękę na sercu - Jan Paweł II, powiedział że odpierdalasz kawał dobrej roboty i że warto by to było pokazać chociażby w Afryce na misjach, że tak się potrafią biali ludzie bawić.

- Wiem - odpowiedziałem przełykając wódkę(to takie dobre kiedy uderza w twoje usta!) - To samo mówił Bill Clinton, tylko sądził że za mało saksofonu - myślałem że to zamknie temat. Ale nie, Ibisz ciągnął dalej:

- Tylko musisz sobie znaleźć jakaś twarz do reklamy, wiesz może Małgosię Foremniak, albo Korzuchowską... - tu Krzyś rozmarzył się nieznacznie.

W sumie pomysł był dobry. ale to musiałby być ktoś o wiele większego formatu, może Mann albo, nie wiem, Borys Szyc? Nie - Borys to jednak pizda.

I w tym momencie usłyszałem okrzyk Łaty, dochodzący zza filara - O! To ja mam akurat pół litra!!!

A tak kampania uderzy w świat:
Stany

Afryka:
Chiny: